<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079</id><updated>2011-12-06T02:09:48.663+01:00</updated><category term='Rozdział 2'/><category term='Rozdział 3'/><category term='Rozdział 1'/><title type='text'>Zza Niemna nad Niegocin</title><subtitle type='html'>Giżycko. Tu po przybyciu zza Niemna (z krótkim przystankiem w Szczytnie)spędziłem swoje zawodowe życie. Pracując w Urzędzie Miejskim, mogłem obserwować, niejako z bliska, rozwój tego miasta, nie bez powodu nazywanego czasami stolicą Mazur. 
Ten blog jest drugą częścią moich wspomnień, drukowaną obecnie przez "Gazetę  Giżycką". Pierwsza część została wydana przez oficynę "Sudety" pod tytułem "Nad brzegami Niemna".
Zapraszam na Mazury !</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>24</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-2524822152213013219</id><published>2007-02-14T14:47:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T14:49:31.214+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 1'/><title type='text'>To nie był sen</title><content type='html'>&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/StareZdjCia/photo#5025076493081024466"&gt;&lt;img src="http://lh5.google.com/image/zeecen/RbyocktCl9I/AAAAAAAAAHc/5bhgjiJEMiY/s288/Antoni%20Ciechanowicz%20Szczycionek.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;To nie był sen. Odczuwało się monotonne kołysanie, a rytmiczne uderzenia kół o styki szyn dobiegały wyraźnie spod podłogi wagonu. Podobne odgłosy, może bardziej przytłumione, słyszałem w pociągu osobowym na trasie z rodzinnych Stołpiec do stolicy Białorusi Mińsk, kiedy decydowaliśmy się na wyprawę do tamtego wielkiego miasta, przeważnie po chleb. Jednak tylko pod tym względem można było zauważyć jakieś podobieństwo. Poza tym wszystko było rażąco inne, poczynając od tego, że znajdowaliśmy się w wagonie przeznaczonym do przewozu towarów. Ktoś jednak pamiętał, że rozpoczął się grudzień i na środku podłogi ustawił żelazny piecyk. Naszym zadaniem było jedynie dosypywanie do niego na czas nowej porcji węgla. Ten obowiązek wykonywaliśmy ochoczo, a ponieważ węgla zgromadziliśmy pod dostatkiem, to ścianki dość często przybierały barwę czerwoną, promieniując miłe ciepło. Na piecyku przeważnie stał czajnik z gotującą się wodą do zaparzenia herbaty i tylko czasami zastępował go jakiś garnek albo patelnia z posiłkiem przygotowywanym przez mamę. Po jednej stronie wagonu stał nasz największy skarb, tj. motocykl marki „Iż”, a prócz niego jakieś inne pakunki z ubraniami, garnkami i innym dobytkiem. Wagon był na tyle duży, że dało się w nim ustawić nawet łóżka i położyć materace, które stworzyły warunki zapewniające prawie normalne spanie. &lt;br /&gt;To nie był sen. Wszystko wokół było realne i potwierdzało, że faktycznie znajdujemy się już na ziemi polskiej, a granica i państwo radzieckie zostały z tyłu, za nami. Byliśmy w Polsce, tj. w kraju o którym jeszcze tak nie dawno mogliśmy jedynie rozmawiać, albo marzyć. Byłem bardzo ciekaw jak jest w Polsce naprawdę. Miałem wrażenie, że tutaj wszystko jest inne - nie tylko język.&lt;br /&gt;Na lekcjach w szkole nie jeden raz słyszałem, że jest to kraj braterski, zaprzyjaźniony, ale wiedziałem też, że przekroczenie granicy do tak bliskiego kraju nie jest możliwe. Nikt nie odważył się stawiać pytań na ten temat, ale każdy uczeń wiedział nawet bez dodatkowych wyjaśnień, że wszystkie ograniczenia wynikają z konieczności zagwarantowania bezpieczeństwa dla Kraju Rad, który od momentu powstania nieustannie był zagrożony zachodnim kapitalizmem, imperializmem, rewanżyzmem i podobnymi siłami, pragnącymi zniszczyć pierwsze państwo robotników i chłopów. Słyszałem również jakieś opowieści z ust rodziców o Polsce z okresu międzywojennego, ale zbytnio to mnie nie interesowało, bo przecież tamta rzeczywistość dawno minęła, a możliwość powrotu do niej już nie istniała. Nawet gdybym był mało pojętnym uczniem, to i tak musiałbym zapamiętać powtarzane niejednokrotnie stwierdzenia, że koło historii obraca się tylko w jedną stronę, a czas nie cofa się nigdy.&lt;br /&gt;Mimo to rodzice jeszcze wiele lat po zakończeniu wojny czekali na powrót Polski w „nasze strony” i uparcie twierdzili, że nowa granica między Związkiem Radzieckim, a Polską została ustalona sztucznie, na podstawie decyzji Stalina. Tysiące Polaków okazało się nieoczekiwanie poza Polską, chociaż nie wyjeżdżali nigdzie ze swego Kraju. Słyszałem też niejeden raz od rodziców, że po wojnie cała rodzina zarówno ze strony mamy jak i ojca, znalazła się w Polsce w nowych granicach, a los pokierował tylko nami inaczej. Podobnych przypadków rozdzielenia znajomych, rodzin i krewnych było nieskończenie wiele. Ojciec do znudzenia krytykował radziecki system państwowy, używał przy tym najróżniejszych określeń, nazywał go barbarzyńskim reżimem, a wśród innych pretensji, na jednym z pierwszych miejsc było i to, że nie pozwalano na swobodne przekraczanie granicy, odebrano możliwości kontaktu nawet z najbliższymi członkami rodzin po drugiej stronie Bugu. Już w pierwszych latach po wojnie było to niemożliwe, ale i w okresie późniejszym mocno utrudnione. Wzajemna wiedza o warunkach życia była znikoma.&lt;br /&gt;Jeśli ojciec powracał kolejny raz do tego tematu i próbował udowodnić znów, że nowe granice zostały ustalone niesprawiedliwie, to dla wsparcia swego poglądu zaczynał wymieniać nazwy różnych miejscowości położonych bliżej i dalej od naszych Stołpiec stwierdzając stanowczo, że przeważnie mieszkała tam ludność polska, a często nadal mieszka. Co prawda były również wioski białoruskie, ale w wielu miejscowościach Białorusini stanowili znikomy procent. Prócz mało znanych wiosek słyszałem również nazwy większych miast, w tym położonego niedaleko Nowogródka, w którym podobno mieszkali wyłącznie Polacy .&lt;br /&gt;Jedna z wiosek na północ od Stołpiec nazywała się „Derewna”, w której Polacy również stanowili większość i nawet kilka lat po zakończeniu wojny potrafili „utrzymać swego” księdza. We wsi czynny był kościół. Nie znałem szczegółów, ale istniała tam również możliwość ochrzczenia dzieci. Nie potrafię też powiedzieć, w jaki sposób informacja ta dotarła do naszej wsi, z tak dużej odległości. Widocznie dorośli nie mieli na ten temat żadnych wątpliwości, bo pewnego poranka dziadek zaprzągł konia, nakładł na wóz siana więcej niż zwykle - żeby było miękko - i wyruszyliśmy w drogę z mamą, z zamiarem ochrzczenia młodszego brata. Pamiętam to wszystko dość dokładnie, bo miałem już ponad osiem lat. &lt;br /&gt;Dwa lata później sytuacja powtórzyła się. Ponownie byłem uczestnikiem wyprawy do tej dalekiej wsi. Należało ochrzcić kolejnego brata. Tym razem musieliśmy jechać koniem kołchozowym, bo gospodarstwa indywidualne już nie istniały. Jechaliśmy wolno i bardzo długo. Siano na wozie faktycznie tworzyło miękką warstwę, ale nie chciało ułożyć się w postaci zapewniającej wygodną, siedzącą pozycję i tylko z tego powodu zarówno jedna jak i druga podróż stawała się stopniowo prawdziwą udręką, mimo iż na początku zapowiadała się bardzo atrakcyjnie. &lt;br /&gt;Nie wiem, czy w tamtej wiosce mieszkali jacyś znajomi. Może ponownie, jak w czasie wojny, zatrzymaliśmy się i nocowali u ludzie całkiem obcych. We wsi, tak samo jak w naszych Okińczycach, zabudowa była drewniana, ale jakże mocno wszystko różniło się od tego, co widziałem u nas. Niezbyt wysokie, raczej niskie drewniane chaty były przykryte wielkimi czapami słomianych dachów, które wystawały daleko poza granicę ścian i zwisały nisko prawie do górnej granicy małych okien. Obory i stodoły były podobne. Czegoś takiego nie widziałem nigdy. Wszystkie budynki były szare, ustawione w równe czworoboki i tworzyły zaciszne podwórka osłonięte ze wszystkich stron. Jedynie na podstawie okien można było domyślić się gdzie mieszkają ludzie. &lt;br /&gt;Znaleźliśmy się na jednym takim podwórku, a już po chwili jakieś dorosłe osoby, widocznie właściciele, byli przy nas, ktoś wziął z rąk mamy małe dziecko, pomógł zejść z wozu. Ktoś pomógł wyprząc zmęczonego konia i za chwilę poprowadził go w kierunku jednego z budynków. Widziałem, jak otworzyły się jakiś szerokie wrota i po chwili nasz rumak zniknął w ciemnym wnętrzu. &lt;br /&gt;Chociaż na tą uroczystość jeździłem dwa razy, to nie przypominam sobie, żebym był obecny podczas samego chrztu. Wydaje się, że mama z dziadkiem i jakimiś innymi osobami chodziła gdzieś w pośpiechu, chyba tak żeby jak najmniej osób postronnych spotkać po drodze i być może z tego powodu w obu przypadkach musiałem zostać sam w obcym domu. Siedziałem w jakiejś kuchni, przy pustym stole, oglądałem przez okno tak samo puste podwórko i dziwne dachy. Wydaje mi się, że w mieszkaniu więcej nikogo nie było.&lt;br /&gt;Droga powrotna była tak samo długa i męcząca jak w tamtą stroną. Prawie cały czas koń nasz poruszał się stępa i było mi tak samo niewygodnie bez względu na to, czy koła podskakiwały po bruku, czy wóz kiwał się w koleinach, kiedy zjeżdżaliśmy na pobocze. Pamiętam też, że po minięciu Stołpiec, kiedy do domu było już tak blisko, nieoczekiwanie poczułem się źle i zwymiotowałem.&lt;br /&gt;Z mapy wynika, że ze Stołpiec do Derewny jest około dwudziestu kilometrów. Pamiętałem, iż mniej więcej w połowie drogi przejeżdżaliśmy przez jakąś rzeczkę. Nie omyliłem się, na mapie faktycznie jest rzeka - nazywa się Suła, a z białoruskiego przewodnika w rosyjskim języku o Stołpcach i okolicach wynika, że w Derewnie są pomniki architektury z XVI wieku. Być może uchowały się do dnia dzisiejszego chaty ze słomianymi dachami. Może coś z tamtej odległej rzeczywistości utkwiło dostatecznie mocno w dziecięcej pamięci, nie uleciało z niej całkowicie i nie zostało przeinaczone na przestrzeni minionych pięćdziesięciu lat.&lt;br /&gt;O tamtej wsi i podróży nie myślałem wcale, kiedy znajdywałem się w wagonie, który też lekko kołysał się, tocząc się spokojnie po polskiej ziemi. W wagonie panowała cisza. Chyba rodzice tak samo jak bracia pragnęli zauważyć, na czym polega odmienność kraju zwanego Polską. Prócz chęci odnalezienia różnicy w krajobrazie, próbowałem zrozumieć prawdę dwóch przeciwstawnych potoków informacji, które bez przerwy bombardowały świadomość. Z jednej strony na psychikę działała oficjalna propaganda radzieckiej ideologii, płynąca bez przerwy z głośników i gazet, które były kupowane czasami. Nie zapomniałem jeszcze niektórych lekcji w szkole, ale w domu przy każdej okazji słyszałem wywody ojca, jakże odmienne. Czyje oddziaływanie było silniejsze: ojca, nienawidzącego radzieckie porządki, tęskniącego za tym, co dawno minęło, czy specjalistów od propagandy radzieckiej?&lt;br /&gt;Pamiętałem doskonale niektóre lekcje w szkole, z których wynikało, iż powszechne zwycięstwo radzieckiego systemu jest bliskie, że upadek kapitalizmu jest nieunikniony, a niezliczone rzesze zwykłych ludzi na całym świecie z niecierpliwością czekają na ten moment, kiedy socjalizm stanie się systemem panującym wszędzie i rozpocznie się era prawdziwego szczęścia. Byliśmy informowani bez przerwy o postępowych cechach nowego ustroju. Ponadto, z lekcji historii wynikało, że w wyniku zmiany granicy nastąpiła sprawiedliwość dziejowa, bo po latach niewoli, spełniło się marzenie białoruskich chłopów, będących prawowitymi gospodarzami tamtej ziemi i ludność Białorusi Zachodniej wreszcie połączyła się z pozostałą częścią Kraju. &lt;br /&gt;Oczywiście, pamiętałem o ostrzeżeniach rodziców i nigdy, na żadnej lekcji, nie odważyłem się na zadanie jakiegoś „nierozsądnego” pytania, za które można było trafić całą rodziną na daleką Syberię. Pozostali uczniowie chyba z pełnym zrozumieniem przyjmowali wszelkie oficjalne wyjaśnienia w zakresie historii rozwoju społecznego, źródeł konfliktów zbrojnych i wojen, możliwości i warunków osiągnięcia powszechnego szczęścia i dobrobytu. Nasi wykładowcy dodatkowo i szczegółowo uzupełniali wiedzę książkową i w żadnych rozmowach między sobą nigdy nie próbowaliśmy wątpić w tę jedyną prawdę głoszoną oficjalnie.&lt;br /&gt;Być może wypada w tym miejscu zastanowić się jeszcze nad tym, czy w tamtych młodych głowach mogły zrodzić się jakieś namiastki innych poglądów, niż oficjalne. Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Należy pamiętać, że nie mieliśmy żadnego dostępu do innych informacji, na poziomie naukowym. Może w niektórych domach, tak samo jak i u nas, przedstawiciele starszego pokolenia próbowali czasami przedstawiać odmienne spojrzenie na wszystko, co działo się w bliższym i dalszym okresie historycznym. Władze widocznie były przekonane, że takie zagrożenie dla nowego systemu również istnieje i widocznie z tego powodu, byliśmy aktywnie przekonywani, że indywidualne spojrzenia niektórych osób nie dają pełnego obrazu na całokształt wydarzeń historycznych, nie można z nich wyciągać wniosków uogólniających, a więc nie mają większego wpływu na to, co było, a tym bardzie na to, co nastąpi. Oddziaływanie szkoły chyba znacznie częściej było silniejsze, niż nieśmiałe odzywki rodziców.&lt;br /&gt;Nie przypominam sobie, żeby na jakichkolwiek lekcjach wspominano oficjalnie o powojennych losach Polaków na terenach, które w wersji oficjalnej nazywane były Białorusią Zachodnią. Problem przedstawiano w ten sposób, iż samorzutnie nasuwał się wniosek, iż w minionym okresie Polacy stanowili tu znikomy odsetek mieszkańców, a obecnie problem nie istnieje, bo przecież po polsku nikt nie rozmawia. Z podręczników szkolnych i obowiązkowej literatury białoruskiej dowiadywałem się, że od najdawniejszych czasów nieliczni Polacy bezlitośnie wyzyskiwali masy białoruskich chłopów. Zajmowali oni eksponowane stanowiska, albo pozostawali właścicielami majątków i wykorzystując swoją uprzywilejowaną pozycję gnębili rdzenny naród, nie zezwalając na dostęp do oświaty, nie dopuszczając do żadnych stanowisk w urzędach, prześladując białoruski język. Wraz ze zmianą granicy w 1939 roku przestał istnieć problem przedwojennych polskich panów. Twierdzono, że Białorusini odzyskali wolność.&lt;br /&gt;Nikt nie wspominał, na jakiej zasadzie i ilu Rosjan przyjechało do nas już w roku 1939, a następnie drugi raz, po roku 1945. Nie słyszałem, żeby w tym czasie był przeprowadzany spis powszechny ludności, ale jeśli podsumować ilość Polaków, które zostały wywiezione na Syberię i tych, którzy po wojnie „z własnej woli” wyjechali na Zachód, to nie można mieć wątpliwości, że Polacy faktycznie stali się mniejszością. &lt;br /&gt;Mowy polskiej nie słyszało się nigdzie: na ulicach, w sklepach, na rynku. Dziwne, ale języka białoruskiego nie słyszało się również w żadnych urzędach, a jedynie na kołchozowych polach, w stodołach i oborach, tam gdzie spotykali się najstarsi mieszkańcy. Może mnie tylko tak się zdawało, ale przyznawanie się do narodowości polskiej przyjmowane było czasami ze zdziwieniem, szczególnie w przypadku kontaktu z osobami, które przybyły ze wschodu. Gdybym w szkole podał informację, że jestem Białorusinem, to nikt by nie miał zastrzeżeń i nie zwracał uwagi na to, że rodzice są Polakami.&lt;br /&gt;Być może Polacy potrafiliby organizować spotkania integracyjne we własnym środowisku, gdyby istniało jakieś znane miejsce takich spotkań np. kościół, ale nowe władze w pierwszej kolejności zlikwidowały te ośrodki konsolidacji. Księża zostali wywiezieni, kościoły pozamykano lub zlikwidowano. Kościół w Stołpcach został rozebrany, a w pobliskim Nowym Świerżniu, chociaż uniknął tego losu, to był zamknięty z braku księży. Języka polskiego poza domem nigdzie nie słyszałem. Rodziny polskie, które z jakichś nie znanych powodów nie zostały wywiezione na Syberię w roku 1940 albo po zakończeniu wojny, cieszyły się teraz tylko z tego powodu, że nadal mieszkali w swoich rodzinnych wsiach. Nikt nie odważył się nawet pomyśleć, żeby zamanifestować swoją odrębność narodowa i kulturową. &lt;br /&gt;Istniały obawy, że najmniejsza próba wyrażenia chęci powrotu do polskiej kultury i języka, na przykład poprzez domaganie się specjalnych lekcji w szkole, mogło być potraktowana jako działalność wywrotowa, mająca na celu przywrócenie stanu przedwojennego, a na takie pociągnięcia przedstawiciele władzy byli uczuleni szczególnie. Mogłoby to być potraktowane jako zamach na radziecką rzeczywistość. Gdyby ktoś miał odwagę o czymś takim nie tylko pomyśleć, ale również powiedzieć nieopatrznie gdzieś głośno, prawdopodobnie zostałby zaliczony do jednostek wrogich, a co najmniej niepewnych. Nic już nie obroniłoby go, a być może i członków rodziny, przed przymusowym pożegnaniem się z rodzinną wsią i zesłaniem gdzieś daleko na wschód, albo na mroźną północ.&lt;br /&gt;W najlepszym przypadku podobna lekkomyślność mogła spowodować zakwalifikowanie do grupy osób niedostatecznie uświadomionych, a więc mniej groźnych. Władza w stosunku do takich osób była wyrozumiała, nie zwalczała ich, dawała nawet szansę na zmianę poglądów i osobowości, poprzez odpowiednią pracę wychowawczą, resocjalizację, a następnie powrót do społeczeństwa. &lt;br /&gt;Taką możliwość stwarzano głównie na dalekich budowach, tworzących potęgę socjalistycznego państwa. Wspólna praca z największym poświęceniem i samozaparciem wśród innych osób, bezgranicznie oddanych nowym ideałom, dawała szansę radykalnej zmiany na lepsze. Wiedziałem o tym z literatury szkolnej oraz z opowieści ojca. Ale ojciec o tych samych faktach, znanych bardziej lub mniej, mówił całkiem inaczej. Z książek wynikało, że wszystkie wielkie budowy inicjowane przez Partię i rząd, zawsze są realizowane patriotycznym zrywem całego narodu, że osoby wymagające reedukacji czasami też tam się znajdują, ale przeważnie z własnej inicjatywy dla udowodnienia, że zrozumiały swoje błędy i mają tylko jeden cel - poprzez ofiarną pracę powrócić do wielkiej rodziny wolnych ludzi, budujących szczęśliwą przyszłość.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-2524822152213013219?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/2524822152213013219/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=2524822152213013219' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/2524822152213013219'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/2524822152213013219'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/02/to-nie-by-sen.html' title='To nie był sen'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-4509634884984595070</id><published>2007-02-14T13:51:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T15:11:07.277+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 1'/><title type='text'>Nie było żadnych ochotników</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027692239461664514"&gt;&lt;img src="http://lh3.google.com/image/zeecen/RcXzdDUZxwI/AAAAAAAAASo/MWA8_iAWb7Y/s288/Gi%C5%BCycko_21.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;Ojciec twierdził, że na tamtych budowach nie było żadnych ochotników, a jedynie milionowe rzesze więźniów, skazanych za nie udowodnione i nigdy nie popełnione przestępstwa. Ciągle powtarzał, że swoje wnioski wyciąga nie z książek, pisanych na zamówienie władz, a z relacji osób, które ten okres już mają za sobą. Byłem przekonywany do znudzenia, że można trafić do radzieckiego więzienia nawet za wypowiedź, że kołchozowa krowa jest zagłodzona i wygląda nędznie. Jeszcze w Związku Radzieckim dowiedziałem się, iż kanał Wołga - Don, o którym dość często z głośnika słyszałem patriotyczną piosenkę, sławiącą dzieło i jego twórców, zbudowali nie patrioci, a więźniowie osądzeni za dowcipy o radzieckiej rzeczywistości. Podobno z jednej strony budowę realizowali ci, co dowcipy opowiadali, a z drugiej – ci, co słuchali.&lt;br /&gt;Chociaż często nie potrafiłem zrozumieć po czyjej stronie jest racja, ale wolałem nie sprawdzać, jaka jest rzeczywistość. Nie pragnąłem znaleźć się w grupie osób wymagających reedukacji, a takie zagrożenie istniało. Nawet z oficjalnych relacji wynikało, iż proces wychowawczy w państwie radzieckim nie został zakończony i ciągle nie kończą się pomysły na coraz nowe budowy, stwarzające miejsce pracy dla kolejnych zastępów niedostatecznie uświadomionych obywateli. Nie zdążyłem na szczęście zetknąć się z tą metodą działalności edukacyjnej. Podporządkowując się woli rodziców opuściłem tamten kraj, nie mając żadnego pojęcia o tym, czego mogę się spodziewać w Polsce. Polska - jako kraj i ludzie - była wielką niewiadomą. Tak bardzo chciałem wiedzieć: lepiej tu będzie - czy gorzej?.. Na podstawie wiedzy szkolnej mogłem oczekiwać, że prawdziwa walka klasowa w Polsce jeszcze nie miała miejsca, ale czas jej rozpoczęcia zbliżał się nieuchronnie. &lt;br /&gt;Tym bardziej, z rosnącym zainteresowaniem oczekiwałem na pierwsze spostrzeżenia z rzeczywistości, która już wkrótce będzie dotyczyć również całej naszej rodziny. Pod jednym względem nie miałem wątpliwości. Wiedziałem, że po zachodniej stronie granicy będzie znacznie cieplej. Co prawda, w komunikatach radiowych o pogodzie nigdy nie wspominano, jaka temperatura panuje na terenie Polski, ale przecież z lekcji geografii wiedziałem doskonale, że w krajach zachodnich mrozy są znacznie mniejsze, zima krótsza, a zamiecie śnieżne zdarzają się wyjątkowo rzadko. Słyszałem też prawie codziennie, a zainteresowanie pod tym względem wzrastało w okresie zimowym, że na krańcach zachodnich Białorusi jest znacznie cieplej, niż w rejonach położonych bliżej Rosji. Spiker informował nieustannie, że im dalej na wschód, w kierunku Syberii, tym mrozy są większe. &lt;br /&gt;Miałem nie najgorsze pojęcie o warunkach przyrodniczych po zachodniej stronie Bugu. Znacznie trudniej było wyobrazić ludzi, które rozmawiają całkiem innym językiem, posiadają odmienne nawyki i kulturę, czytają książki i gazety wydrukowane innymi literami. Zdawałem sobie dokładnie sprawę, że zachodnia granica Związku Radzieckiego oddziela jakąś odmienną strefę i z tego powodu jest tak mocno strzeżona. Pamiętałem doskonale lekcje szkolne, na których słyszałem, że im dalej na Zachód, tym gorzej jest dla zwykłych ludzi, że najbardziej o nich dba władza w Związku Radzieckim, a Polska podobnie jak pozostałe kraje „Demokracji Ludowej” znajduje się w strefie przejściowej i prawdziwa troska o ludzi pracy jest tam na etapie wstępnym. Rodzice przekonywali, że to wszystko jest kłamstwem... Kto w tym wszystkim miał racje? Kto mówił prawdę? Wiedziałem, że ojciec nie kłamie, ale czy nauczyciele mogli kłamać lub mylić się?.. Jak naprawdę wyglądało to wszystko w Polsce?..&lt;br /&gt;Podobnie jak rodzice i bracia stałem przed lekko odsuniętymi drzwiami wagonu i na podstawie mijanego krajobrazu starałem się odnaleźć pierwsze szczegóły odróżniające Polskę od kraju, który opuściliśmy kilkadziesiąt minut temu. Nikt nie odzywał się, więc widocznie rodzice i rodzeństwo mieli podobne myśli. Widzieliśmy, że radziecka obsługa nie wsiadła do pociągu, choć po chwili ruszył i zaczął toczyć się dalej. Pociąg prowadzili polscy kolejarze. Poruszał się tak samo jak do miejsca wymiany załogi, a więc pod tym względem nie zmieniło się nic. Lokomotywa tak samo buchała kłębami pary, posłusznie rozpędzała się lub zwalniała, bo widocznie na jej funkcjonowanie nie miał żadnego wpływu zarówno krój munduru, jak też kształt czapki i wizerunek emblematu umieszczonego na niej. Dla lokomotywy był też obojętny język, w jakim maszynista odzywał się do swego pomocnika. &lt;br /&gt;Za drzwiami wagonu przesuwał się wolno dość równinny krajobraz i nie wiem w którą stronę myśli podążały bardziej: do miasta kilkaset kilometrów przed nami, całkiem obcego, znanego jedynie w postaci kropki na mapie, czy do tamtego tak dobrze znanego i bardzo bliskiego, zostawionego za granicą, przekroczenie której w kierunku odwrotnym już nie będzie możliwe. Szczęścia tamtego kraju pilnie strzegli pogranicznicy z czerwonymi gwiazdami na czapkach. Staliśmy się obcymi i już tam nie będziemy mogli powrócić, nawet gdyby się okazało, że w Polsce jest znacznie gorzej. Stało się coś, czego nie można odwrócić. W Polsce będzie nasza przyszłość, chociaż nie potrafiłem wyobrazić jej w żaden sposób. &lt;br /&gt;Rodzice nadal nic nie mówili, widocznie samodzielnie próbowali odgadnąć jak będzie wyglądało nasze życie w najbliższych miesiącach, dalszych latach. Nie było wątpliwości, że oswojenie się z nową rzeczywistością w ich przypadku będzie znacznie łatwiejsze. Mieszkali w Polsce przed wojną i to nie jeden rok. Potrafili wrócić do języka ojczystego bez żadnego wysiłku. Wypowiadali się tak samo płynnie, jak my po rosyjsku. Ojciec, jeszcze kilka dni temu, rozmawiając z kolegami i znajomymi w swojej wsi, posługiwał się rosyjskim z taką łatwością i swobodą, iż wydawało się, że nie potrafi nic powiedzieć w jakimś innym języku. Znacznie gorzej, bo mieszaniną polskiego, białoruskiego i rosyjskiego, porozumiewała się mama z Rosjanami. Teraz, w wagonie rozmawiali wyłącznie po polsku. Całej naszej czwórce rodzeństwa było daleko do takiej doskonałości, więc może również z tego powodu odzywaliśmy się wyjątkowo rzadko. &lt;br /&gt;Rozmowy rodziców wyłącznie po polsku i całkowita rezygnacja z odzywania się w języku rosyjskim lub białoruskim, jak to dość często zdarzało w domu rodzinnym, tworzyły atmosferę, która nie istniała od dawna. Nie miałem wątpliwości, że język to nie tylko narzędzie porozumiewania się ludzi, ale też wyróżnik decydujący o przynależności do odrębnego narodu. Chociaż jeszcze tak niedawno słyszałem ciągle powtarzane słowa o konieczności uczenia się polskiego, to dopiero w wagonie zrozumiałem, że poprzez rodziców i język tworzę jedność z narodem, do którego w tej chwili wracamy. Zrozumiałem, że opuszczając Związek Radziecki stałem się faktycznie małą cząstką kraju i narodu, do którego należały nie tylko rodzice, ale i poprzednie pokolenia.&lt;br /&gt;Łzy, które pojawiły się w oczach rodziców, w momencie, kiedy nasz wagon toczył się po stalowym moście nad Bugiem, wyschły dawno, ale nadal nie zauważałem radosnego uśmiechu na twarzach. Za drzwiami wagonu przesuwała się polska ziemia, polskie krajobrazy, ale nie słyszałem na ten temat żadnych słów komentarza. Może rodzice, tak samo jak ja, pragnęli ponownie przypomnieć i zauważyć szczegóły, które pozwolą odróżnić Polskę od Państwa Radzieckiego. Widocznie niczego charakterystycznego jeszcze nie było, bo nic nie mówili. Towarzyszył nam nadal kilkustopniowy mróz, a śniegu na polach była być może podobna warstwa, jak po tamtej stronie rzeki, bo wszystko wyglądało tak samo biało. Nic nie sugerowało, że znaleźliśmy się w innym kraju, ale rozumiałem, że wyrażając zgodę by wagon wiózł nas dalej na zachód, wyraziliśmy zgodę na odrzucenie tego wszystkiego, co zostało na wschodzie.&lt;br /&gt;Być może, gdyby była to inna pora roku, to byśmy natychmiast spostrzegli, że nie widać już nigdzie wielohektarowej monotonii kołchozowych obszarów, natomiast daleko, dokąd wzrok sięga, układa się kolorowa szachownica pól uprawianych przez indywidualnych rolników. Zima i śnieg wyrównały wszystko. Za drzwiami wagonu, ciągnęła się lekko pofalowana biała płaszczyzna, taka sama jak po tamtej stronie granicy. &lt;br /&gt;W mijanych miejscowościach zauważaliśmy tablice informacyjne i jakieś plakaty z różnymi napisami i szyldami. Kształtem i barwami przypominały te, które widzieliśmy na trasie ze Stołpiec do Brześcia, ale napisy były inne. To była Polska! Wyrazy i hasła powstały z liter, których nie używano po tamtej stronie Bugu. Litery układały się w słowa, w języku polskim. Umiałem na tyle dobrze czytać i tak dobrze znałem język polski, że rozumiałem nawet ich treść. &lt;br /&gt;Jechaliśmy dalej. Czasem mignął ktoś na ulicy lub wiejskiej drodze. Czasami było widać, jak mieszkańcy stoją i rozmawiają ze sobą. Po ubiorze, nawet z daleka dało się poznać, że znaleźliśmy się poza granicami kraju, który na szkolnej mapie rozpościerał się szeroko, wyróżniony jedną barwą jak ogromny monolit rządzony tymi samymi regułami. Już nie widziałem charakterystycznych rosyjskich czapek bez daszków, lecz z nausznikami, które można zawiązać pod brodę. Niby drobny szczegół, ale potwierdzał inność kraju, do którego wjechaliśmy. &lt;br /&gt;Zauważyłbym większą różnicę, gdybym znalazł się obok którejś grupki osób i ewentualnie odezwał się po rosyjsku, zamiast po polsku. Patrzyliby na mnie z wielkim zdziwieniem, być może nie rozumiejąc większości słów, chociaż w mieście położonym kilkadziesiąt kilometrów na wschód, gdzie byliśmy kilka godzin temu, dla odmiany nikt nie rozmawiał po polsku.&lt;br /&gt;A w naszym wagonie ojciec coraz ostrzej reagował na nasze wypowiedzi w języku rosyjskim. Twierdził, że od przekroczenia granicy nie chce słyszeć z naszych ust żadnego wyrazu po rosyjsku. Takie wymagania stawiał wcześniej, ale spełnienie żądań nie było łatwe. Przebywaliśmy, w zależności od wieku, od kilku do kilkunastu lat wśród osób nie znających języka polskiego. Intensywne kontakty z Rosjanami i Białorusinami stały się zjawiskiem powszechnym od chwili rozpoczęcia nauki w szkole. Kontakty z rówieśnikami, uczestnictwo na lekcjach - wszystko mobilizowało do osiągnięcia znajomości języka rosyjskiego na takim poziomie, który akceptowało całe otoczenie.&lt;br /&gt;Nie było żadnych bodźców, prócz żądań rodziców, w kierunku nauki języka polskiego. W momencie opuszczania stron rodzinnych mieliśmy opanowany język rosyjski na takim poziomie, że żaden rozmówca nie mógł domyślić się, iż rozmawia z Polakami. Wypowiadaliśmy swoje myśli płynnie, bez wysiłku i poszukiwania słów, których ciągle brakowało, jeśli chciało się powiedzieć coś po polsku. Jakim sposobem po przekroczeniu granicy miała nastąpić radykalna zmiana?&lt;br /&gt;Jechaliśmy dość wolno, do uszu docierały rytmiczne, monotonne uderzenia kół na stykach. Wystawiając głowę poza obręb wagonu mogliśmy ujrzeć daleko na początku lokomotywę, kopcącą i buchającą parą, a przed nami i z tyłu identyczne wagony z lekko odsuniętymi drzwiami. Z każdego wychylały się sylwetki takich samych uchodźców. W tym czasie, kiedy pociąg jechał po zakręcie w najbliższych wagonach można było odróżnić twarze. Kto i gdzie czekał na nich?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-4509634884984595070?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/4509634884984595070/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=4509634884984595070' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/4509634884984595070'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/4509634884984595070'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/02/nie-byo-adnych-ochotnikw.html' title='Nie było żadnych ochotników'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-1223368908321848375</id><published>2007-02-14T12:12:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T15:15:12.956+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 1'/><title type='text'>Kąpiel pod prysznicem</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027692394080487186"&gt;&lt;img src="http://lh3.google.com/image/zeecen/RcXzmDUZxxI/AAAAAAAAASw/_UHcsfTafZI/s288/Gi%C5%BCycko_6.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszym większym miastem na naszej drodze była Biała Podlaska. Tu, po krótkich manewrach, cały skład wagonów znalazł się przy rampie. Zapowiadał się dłuższy postój, może nawet kilkugodzinny. Tutaj każdy musiał stanąć przed specjalną komisją, która sprawdzała dokumenty, wydawała „książeczki repatrianta”, oraz jakieś pieniądze w postaci pierwszej (i ostatniej) zapomogi. Pieniądze miały polskie napisy. Oglądaliśmy je ze wszystkich stron, próbowaliśmy zapamiętać. &lt;br /&gt;Była też obowiązkowa kąpiel pod prysznicem, badanie lekarskie i nieoczekiwanie rozeszła się niewiarygodna informacja... Każdy repatriant ma się zgłosić na stołówkę, gdzie dostanie darmowy posiłek - talerz z gorącą zupą i chleb. Wydaje mi się, że nikt nie mógł spodziewać się tego. Przecież w ZSRR, nawet po całym dniu pracy na polu podczas zbierania ziemniaków nie otrzymywaliśmy nic. Ojciec ciągle powtarzał, że w ciągu kilku lat pracy w kołchozie nie otrzymał nawet tej przysłowiowej zupy. Nawet gdyby byliśmy głodni, to chyba nie przyszła by do głowy myśl, że ktoś tak się zatroszczy o nas... Trochę dziwna wydała się ta Polska.&lt;br /&gt;Było to pierwsze spostrzeżenie z polskiej rzeczywistości, ale jednocześnie na tej samej stołówce przeżyliśmy szok, bo dziewczyny roznoszące talerze z zupą zamiast spódnic lub sukienek miały na sobie spodnie. Tak ubrane (rozebrane?) kobiety nie widziałem nigdy i nigdzie, a tym bardziej w miejscu publicznym. Po minach rodziców zrozumiałem, że oni również. Było to pierwsze zderzenie z całkiem innym światem. Jeszcze jednym elementem odmiennej rzeczywistości była pierwsza awantura ojca z polskimi władzami, bo nie chciały się zgodzić na skierowanie naszego wagonu do Szczytna, co opisałem szczegółowo w pierwszym tomie wspomnień pod tytułem: „Nad brzegami Niemna”.&lt;br /&gt;Wagon nasz jednak pojechał do Szczytna. Ojciec nie ustąpił i nie wyraził zgody na wyjazd do jakiejkolwiek innej miejscowości, na Ziemiach Zachodnich. Awantura dała oczekiwany efekt, ale gniew ojca mijał stopniowo i jeszcze co najmniej kilkakrotnie przypominał głośno o tym, że musiał się wykłócać z biurokratami już podczas pierwszych godzin pobytu na terenie Polski. &lt;br /&gt; W Białej Podlaskiej nie staliśmy długo i wkrótce wagon toczył się dalej. Na kilku stacjach, nie wiem który już raz przeżywaliśmy straszną szarpaninę podczas przestawiania wagonu z jednego pociągu do drugiego. Słyszeliśmy bliższy lub dalszy huk zderzaków, ale czasami dotyczyło to nas bezpośrednio, bo łoskot zwielokrotniony echem drżących drewnianych ścian rozlegał się tuż obok. Jednocześnie następowało na tyle mocne uderzenie, że cała rodzina była przerażona. Spoglądaliśmy wszyscy wzajemnie na siebie, myśląc być może o tym samym - czy ci polscy kolejarze nie pozabijają nas, albo nie pokaleczą? &lt;br /&gt;Dość często po jednym uderzeniu i szarpnięciu następowała cała seria mniejszych, ale tak gwałtownych, że obronić się przed nimi było nie sposób. Na ten czas, ze względu na własne bezpieczeństwo, nikt nie wyglądał przez drzwi, które były odsunięte jedynie na szerokość kilkudziesięciu centymetrów - tyle, na ile pozwalał hak zaczepu. Mogliśmy cieszyć się jedynie z tego, że za każdym razem wszystko działo się w dzień, a nie w nocy, chociaż z powodu przymkniętych drzwi panował w wagonie półmrok. W takich warunkach, ukryci przed światem zewnętrznym czuliśmy całkiem bezradni, zdani na łaskę kolejarzy, pracujących na zewnątrz. &lt;br /&gt;Tego typu przeżycie trwało czasami dość długo, aż w końcu potrafiliśmy z dużą dokładnością wyczuć moment, kiedy nastąpi najsilniejsze uderzenie. Wiedzieliśmy, że jeśli słyszymy nasilające się gwałtowne dmuchnięcia z komina lokomotywy, która zdecydowanie przyśpiesza, a zestaw wagonów, razem z naszym, nabiera coraz większej prędkości, to w ciągu następnych paru chwil będziemy posuwać się rozpędem, a potem zderzymy się z innymi wagonami, stojącymi nieruchomo na torze. W takim momencie przesuwały się czasami nawet niektóre bagaże. Wiedzieliśmy, że będzie to kolejny sprawdzian dla nas, trzech najsilniejszych mężczyzn, bo przed takim uderzeniem razem z ojcem i młodszym Edkiem ustawialiśmy się przy motocyklu marki „Iż”, starając się go utrzymać w pozycji pionowej i nie dopuścić do tego, żeby wylądował na gorącym piecyku.&lt;br /&gt;Mama, babcia i młodsi bracia musieli radzić sobie jakoś samodzielnie. Babcia, w pozycji leżącej cierpliwie znosiła to wszystko, bo prócz cichego pojękiwania z jej ust nie padła żadna skarga. Nie wiadomo o czym myślała. Być może ciągle zastanawiała się, jakie zagrożenie stwarzała ułańska czapka syna dla potęgi państwa radzieckiego, ale na pewno nie spodziewała się takiej podróży w nieznane, po opuszczeniu domu ojczystego. Być może w tamtym momencie przypominała sobie własną młodość oraz znacznie dłuższą i o wiele straszniejsza podróż na daleką Ukrainę, podczas pierwszej wojny światowej. Większe zdenerwowanie wykazywała mama, a ojciec robił się blady i nie odzywał się wcale. Może nie chciał krytykować pracy polskich kolejarzy, a może uważał, że tak być powinno.&lt;br /&gt;Podobna szarpanina, ale poprzecznie do kierunku jazdy, miała miejsce na trasie, podczas szybkiej jazdy. Były momenty, kiedy nie ukrywaliśmy przerażenia, bo wydawało się, że za moment wagon wyleci z szyn. Może wtedy myśli nasze leciały w przeciwnym kierunku niż podążał wagon, może żałowaliśmy tej chwili, kiedy opuściliśmy kraj ojczysty i solidne ściany rodzinnego domu, stając się teraz bezwolną igraszką polskiego maszynisty, który gdzieś tam na początku pociągu dorzucał coraz więcej węgla do kotła i bardzie rozpędzał pociąg, chyba nie zdając sobie sprawy, że nasz wagon za moment może wylecieć z szyn.&lt;br /&gt;Dla mnie takie zachowanie wagonu było bardzo dziwne, bo nie jeden raz jeździłem do Mińska, co prawda w wagonie osobowym, ale nie występowała w nim najmniejsza szarpanina poprzeczna w stosunku do kierunku jazdy, nawet przy największej prędkości. Czy odmienność Polski miała polegać na tym, żeby podczas jazdy ogarniało przerażenie?..&lt;br /&gt; W pewnym momencie, na którejś kolejnej stacji, po całej serii zderzeń i szarpnięć, na moment wyjrzałem przez szparę w drzwiach, zabezpieczonych przed nieoczekiwanym przesunięciem specjalnym zaczepem. Nie miałem wątpliwości, że w danej chwili nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo, bo uderzenie nastąpi odrobiną później. Na torach ujrzałem jakiegoś kolejarza z chorągiewką. Nasze spojrzenia spotkały się, a on w tym samym momencie zaczął wymachiwać tą swoją chorągiewką, krzycząc jednocześnie do jakiegoś kolegi: „ ...zatrzymaj!.. nie rzucaj!.. tu są ludzie!... Znowu ta Biała Podlaska!... Raport na nich złożę!...” &lt;br /&gt;O dziwo, od tego momentu wagon toczył się spokojnie, szarpania ustała. Potem nas odczepiono i zostawiono na jakimś bocznym torze. Mogliśmy teraz spokojnie, z boku oglądać jak rozpędzone wagony wtaczają się, na coraz inny tor i z hukiem zderzają się jeden z drugim. Minął jeszcze jakiś czas i inny kolejarz przyniósł nalepki z jaskrawym, czerwonym napisem „Uwaga ludzie. Nie rzucać”. Dał też w małym słoiku klej i kazał kartki nakleić, możliwie wysoko na wszystkich czterech ścianach wagonu. Od tego momentu skończyło się „szarpanie” i „rzucanie”. Doczepiano nas w pożądanym kierunku dojeżdżając powoli, bez rozpędzania. Przekonałem się, że nawet w polskim towarowym wagonie można nie obawiać się, że się wyląduje na ścianie, albo w jakimś innym nieoczekiwanym miejscu, na przykład na gorącym piecyku, którego nie musieliśmy trzymać, bo był przyśrubowany do podłogi dostatecznie mocno. &lt;br /&gt;Poprawa nastąpiła jednak tylko na stacjach. Podczas szybkiej jazdy na trasie rzucało nami jak poprzednio, bez żadnej litości i baliśmy się nadal, że w pewnym momencie wagon przewróci się i spadnie gdzieś z wysokiego nasypu. Czasami z przerażeniem spoglądałem na piecyk napełniony gorącymi węglami, zastanawiałem się, w jaki sposób uniknąć zderzenia z nim w chwili, gdy wagon zacznie się przewracać, jak nie dopuścić do rozszerzenia się pożaru. Zetknięcie się z polską rzeczywistością na kolei, która według słów rodziców w okresie przedwojennym należała do jednej z najlepszych w Europie, okazało się bardzo niemiłe. Trudno było zgadnąć, co czeka nas potem, jeśli dojedziemy szczęśliwie na miejsce...&lt;br /&gt; Na razie było jeszcze do celu daleko, a nastał kolejny wieczór i zaszła konieczność zapalenia świeczki, żeby rozproszyć grudniowy mrok. Wagon już znajdował się w składzie kolejnego pociągu, ale jeszcze nie ruszał. W pewnym momencie w drzwiach ukazała się czapka i mundur, ale nie kolejarza. Zielony kolor i pagony z gwiazdkami świadczyły, że wchodzi oficer Wojska Polskiego. Był to brat mamy, wujek Witek. Uśmiechał się i zanim zdążył przywitać się, potrafił powiedzieć szczęśliwy, że wreszcie wyrwaliśmy się z tamtego „raju” i teraz będziemy razem, w Polsce. Cieszył się mocniej niż my i wyglądało, że oczekiwał na bardziej spontaniczne manifestowanie radości z naszej strony oraz okazywanie uczuć w gwałtowniejszej formie. &lt;br /&gt;Babcia, tak samo jak jej wnukowie, nie miała na ten temat żadnego zdania, a w słowach rodziców dało się zauważyć więcej troski niż radości. Z ust ojca padło ponowne stwierdzenie, że tam zostawiliśmy swoje, a tutaj jedziemy na cudze i „...tylko Bóg jeden wie jak tu będzie”. Po chwili uzupełnił swe wywody stwierdzeniem, że na razie widzi w tym wszystkim tylko jedną pozytywną stronę - nie grozi nam służba w sowieckiej armii, nie trafimy do kołchozu.&lt;br /&gt; Po krótkiej wymianie informacji i po podzieleniu się pierwszymi wrażeniami, wujek powiedział, że musi wracać do samochodu, którym ścigał nas od Białej Podlaski, a nasz pociąg zaraz ruszy w dalszą drogę. Spotkamy się w Szczytnie. Nikt spośród nas nie wspomniał, że wagonem podczas jazdy tak strasznie rzuca. Domyśliłem się, że rodzice uznali, iż w Polsce jest to zjawisko normalne, a ponieważ o tym kraju nic nie wiedziałem, więc też nie odezwałem się, bo nie chciałem być uznany za kogoś, kto ma wątpliwości do poziomu technicznego polskiej kolei, umiejętności kolejarzy albo boi się szybkiej jazdy. &lt;br /&gt;Na szczęście szybka jazda występowała nie zawsze. Przeważnie pociąg toczył się wolno, można było spokojnie obserwować mijany krajobraz. Zdawałem sobie sprawę, że jesteśmy coraz bliżej obszaru, który na mapie wyróżnia się wielką ilością plam o barwie symbolizującej wodę. Jeszcze przed wyruszeniem w drogę, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że klimat będzie tu inny, a zima bardziej łagodna. W swoich wnioskach chyba nie myliliśmy się, bo widzieliśmy coraz częstsze i większe plamy czarnej gleby wyzierającej spod białego okrycia. Na początku były to nieliczne wierzchołki, wystające nad równą białą płaszczyzną, ale w miarę mijanych kilometrów robiło się ich więcej, aż zaczęły się tworzyć długie czarne grzbiety, będące bruzdami po jesiennych orkach. Śnieg leżał jedynie w zagłębieniach. Zdawałem sobie sprawę, że podążamy na zachód gdzie zimy prawie nie ma, oddalamy się od krainy śnieżnych zamieci i wielkich mrozów. Nie powiedziałem głośno, ale poczułem, że tamte białe pola były mi bliższe. Zrozumiałem ponadto, że te pstrokate nie zapewnią możliwości jeżdżenia na nartach, które wiozłem w wagonie.&lt;br /&gt;Polska wydawała się krajem cieplejszym, ale może takie uczucie powstawało nie z tego powodu, że cieplej było na zewnątrz, lecz dlatego, że jeszcze w Brześciu ojciec kazał przynieść jak najwięcej węgla do wagonu, a potem zapas uzupełniliśmy w Białej Podlaskiej. Podrzucaliśmy więc go do naszego piecyka, bez żadnych obaw że w pewnym momencie zabraknie.&lt;br /&gt; Na jakimś odcinku drogi pociąg toczył się wolno obok sosnowego, niskiego lasu. Śniegu było tak mało, że widzieliśmy zamarzniętą, ale piaszczystą glebę i ojciec chyba z zadowoleniem stwierdził, że w tym miejscu jest wszystko prawie takie same, jak zostawiliśmy w „naszych stronach”. Słowa te dodały otuchy. Być może w tej Polsce nie wszystko będzie całkiem inne i obce. Po chwili jednak dowiedziałem się, że w takich warunkach życie jest ciężkie, bo „... co tu urośnie?” &lt;br /&gt;Minęliśmy jeszcze kilka większych i mniejszych miejscowości, aż wreszcie zobaczyliśmy czarne litery na prostokątnej białej tablicy, układające się w nazwę kolejnej stacji. W końcu ujrzeliśmy tak oczekiwane Szczytno. Wagon toczył się wolniej i wkrótce zatrzymał się. Wzdłuż pociągu zaczęli chodzić kolejarze, coś oglądali, coś sprawdzali. Jeden szedł z małym młotkiem na długim trzonku i pukał w każdym wagonie gdzieś pod spodem. To samo zrobił również przy naszym, ale nie poszedł dalej, lecz zatrzymał się, popukał ponownie, potem schylił się i coś tam oglądał. Wreszcie przytrzymał młotek pod pachą, a w tym czasie wyjął jakiś blankiet. Coś napisał ma małej karteczce i włożył pod ruchomą kratkę na bocznej ścianie wagonu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-1223368908321848375?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/1223368908321848375/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=1223368908321848375' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/1223368908321848375'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/1223368908321848375'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/02/kpiel-pod-prysznicem.html' title='Kąpiel pod prysznicem'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-2695547706799641202</id><published>2007-02-14T12:10:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T15:27:59.596+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 1'/><title type='text'>Podróż koleją dobiegła końca.</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027694142132176898"&gt;&lt;img src="http://lh6.google.com/image/zeecen/RcX1LzUZyAI/AAAAAAAAAUo/i1aXycskjy8/s288/Gi%C5%BCycko_28.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po chwili nastąpiło tak dobrze znane szarpnięcie i wagon zaczął toczyć się ponownie, ale wiedzieliśmy, że z tego miasta z nami już nie wyjedzie. Minęło kilka minut i znaleźliśmy się przy wysokiej rampie, takiej samej, jaka była po tamtej stronie granicy w Brześciu oraz na terenie Polski - w Białej Podlaskiej. Wyszliśmy z wagonu na zewnątrz. Podróż koleją dobiegła końca. Przyjechaliśmy do Szczytna. Granica została daleko.&lt;br /&gt;Po chwili poznaliśmy ciocię Helenę, ciotecznego brata Romka w wieku Edka i siostrę Alicję - dziesięć lat młodszą ode mnie. Na rampie znajdowała się też jakaś nieduża ciężarówka. Po przywitaniu się musieliśmy koniecznie zobaczyć i przeczytać kartkę, którą kolejarz doczepił do wagonu. Na kartce była krótka informacja: „Wagon uszkodzony, wycofany z ruchu”. &lt;br /&gt;Na żadne rozmowy nie było czasu, bo krótki grudniowy dzień zbliżał się ku końcowi i musieliśmy śpieszyć się z przeładowaniem naszego dobytku na samochód. Dość szybko i sprawnie poradziliśmy z tym i wyruszyliśmy do ostatniego etapu podróży, ale wkrótce kierowca zatrzymał samochód przy jakimś kiosku, zalecając nam kupienie świec. Okazało się, że we wsi nie ma energii elektrycznej. Takiej polskiej rzeczywistości nie dało się przewidzieć w najgorszych wariantach. Lampę naftową zostawiliśmy świadomie, ponieważ byliśmy przekonani, że w Polsce, w miejscowości, która znajduje się nie dalej jak trzy kilometry od miasta energia elektryczna jest na pewno, tym bardziej że od zakończenia wojny minęła aż 13 lat. &lt;br /&gt;Kolejne zetknięcie się z realiami kraju, o którym pozytywne opinie tworzyły rodzice, a wujek Witek wręcz idealne, okazało się szokująco niemiłe. Pierwszym samodzielnym zakupem na terenie Polski były świece, które miały rozświetlić grudniowy mrok w naszym nowym mieszkaniu. Co najmniej mnie zabrakło polskich słów żeby wyrazić swoje zdziwienie. Po rosyjsku nie mogłem odezwać się, bo pamiętałem dobrze ostrzeżenie ojca. Swojego zdziwienia nie mogłem wyrazić w żaden sposób. Kierowca przy tej okazji, z wymownym uśmiechem, poinformował osobę z kiosku, żeby dała tych świec więcej, bo jesteśmy repatriantami z Rosji i teraz z radości będziemy pić wódkę do samego rana, a bez świec tego zrobić się nie da. Pomyślałem, że zacofanie techniczne w tej Polsce jest przerażające. Przyjechaliśmy tu po to, by wrócić do epoki, w której mieszkania oświetla się świecami. Tego nikt z nas nie mógł przewidzieć. Czym jeszcze zaskoczy ten kraj?&lt;br /&gt; Pierwszemu zdziwieniu towarzyszyło nie mniejsze rozczarowanie. Nie włączymy ładnego odbiornika „Mińsk” z zakresem fal długich, średnich i krótkich oraz zamontowanym na górze adapterem. Nie mieliśmy wątpliwości, że taka możliwość będzie istniała, kiedy zajedziemy na miejsce i wreszcie sprawdzimy jak się przestraja odbiornik z fali na falę. O tym marzyliśmy od momentu, kiedy ten wielki, ładny aparat stał się naszą własnością, na kilka dni przed wyjazdem. To, że nie dało się go natychmiast podłączyć do gniazdka, bo we wsi nie było energii elektrycznej, wcale nie przeszkadzało żeby znowu i znowu podchodzić do odbiornika, kręcić pokrętłami, przyciskać przełączniki, odczytywać nazwy miast, z których przy danym ustawieniu będzie rozlegać się muzyka lub śpiew z chwilą, kiedy znajdziemy się w nowym mieszkaniu, w Polsce. Nie mieliśmy wątpliwości, że w Polsce, w mieszkaniu do którego jedziemy, jest energia elektryczna i jedną z pierwszych czynności będzie włączenie radia. Polska okazała się niestety całkiem innym krajem.&lt;br /&gt;W Związku Radzieckim w naszym mieszkaniu, tak jak i w domach pozostałych mieszkańców był głośnik, z którego wesoło brzmiała muzyka i śpiew, a w ustalonych godzinach spiker informował o kolejnych osiągnięciach narodu radzieckiego i nowych próbach zakłócenia biegu historii przez siły imperialistyczne. Był to jednak tylko głośnik. Sterowanie odbywało się w Stołpcach, zgodnie z centralnie ustalonym programem, jednolicie dla całej republiki. Już wtedy tak bardzo chciało się w tym zakresie uzyskać samodzielność. Wydawało się, że marzenia nie będą zrealizowane szybko. Przecież kilkukilometrowej odległości do najbliższego gniazdka nie mogliśmy pokonać, ale rzeczywistość okazała się bardziej miła, bo za parę miesięcy kupiliśmy odbiornik „na baterie”.&lt;br /&gt; Nie wiem z jakiego powodu, ale jechałem w kabinie z kierowcą. Pytał się skąd jesteśmy i jak się spodobała Polska. Odpowiadałem wolno, jąkając się bo musiałem odpowiadać po polsku, a brakowało najprostszych słów umożliwiających przekazanie myśli. Po chwili miałem kolejną, niewiarygodną informację. Okazało się, że kierowca jest właścicielem ciężarówki. Co prawda nie była wielka, chyba nie nowa, ale była prywatną własnością!!!&lt;br /&gt;Kiedy o tym dowiedziałem się, to naprawdę zabrakło mi słów i chyba nawet po rosyjsku nie potrafiłbym wyrazić swego zdziwienia. Kierowca w tym czasie zachowywał się bardzo dziwnie, bo zaczął się pytać, czy w Związku Radzieckim istnieje własność prywatna. Odpowiedziałem, że naturalnie jest tam własność prywatna. Własny był nasz dom i wszystko, co się w nim znajdowało. Podwórko oczywiście należało do kołchozu, ale to nie istotny szczegół. Szokujące było to, że ten kapitalista chciał wiedzieć, czy można tam mieć na własność ciężarowy samochód, ziemię, jakiś warsztat? Mogłem spodziewać się wszystkiego, ale nie takich pytań od osoby, która mieszkała w Polsce, tj. kraju, budującym socjalizm, na wzór Związku Radzieckiego.&lt;br /&gt;Nie potrafiłem skupić myśli. Zacząłem coś wyjaśniać, ale samochód w tym czasie zjechał z asfaltu na leśną drogę. Po obu stronach rosły wysokie sosny, takie jak w „naszych stronach”. Ze strony kierowcy padły jeszcze jakieś dziwne informacje o tym, co wolno mieć w Polsce, usłyszałem też podobne pytania na temat tego, co jest zabronione, a co dozwolone w Rosji. Chyba nie potrafiłem zrozumieć wszystkiego, o czym mówił kierowca. Na szczęście spostrzegłem, iż zbliżamy się do celu podróży i nie muszę odpowiadać na żadne pytania. &lt;br /&gt;Las się kończył, droga lekko skręcała prawie stykając się z obszerną, białą płaszczyzną. Domyśliłem się, że jest to zamarznięte jezioro. Po drugiej stronie drogi stał rządek prawie jednakowych domów z czerwonej cegły. Na podstawie wcześniejszych informacji wujka wiedziałem, że będziemy teraz mieszkać w tej wsi.&lt;br /&gt;Zatrzymaliśmy się przed jednym z ostatnich domów. Wjazd na podwórko prowadził pod niedużą, ale dość wyraźną górkę. Teren po drugiej stronie wąskiej drogi nadal opadał, aż do styku z białą, równą płaszczyzną. Było to zamarznięte jezioro i w tym momencie zdążyłem wymienić z braćmi krótkie uwagi, że latem będziemy mogli kąpać się częściej, niż w Niemnie. Taka wersja odpowiadała nam jak najbardziej. Może w tej Polsce będziemy mieli lepiej?..&lt;br /&gt;Byliśmy na miejscu. Kierowca miał wjechać jeszcze na podwórko, lecz przez moment rozglądał się, mówił głośno, że wjazd jest niewygodny, ale wreszcie usłyszeliśmy głośniejszą pracę silnika, samochód wolno ruszył, ręce prywatnego właściciela ciężarówki zaczęły energicznie obracać kołem kierownicy. Okazało się, że narzekania były zbędne, bo samochód bez żadnych problemów wtoczył się na podwórko, które miało stać się naszym. W ten sposób, wieczorem 12 grudnia 1958 roku zakończyła się podróż, którą rozpoczęliśmy nie tak dawno, bo wczesnym rankiem szóstego grudnia. &lt;br /&gt;Teraz należało zdjąć z samochodu nasze pakunki i zanieść do domu. Przystąpiliśmy do pracy bez żadnej zwłoki jednak już w pełnym mroku, bo słońce schowało się nie tylko za chmurami, ale i za pobliskim lasem. W takich warunkach nie dało się rozpoznać twarzy pierwszego mieszkańca, który widocznie przechodził ulicą zmierzając do swego domu i kierowany zwykłą ciekawością wszedł na „nasze” podwórko przez otwartą bramę, żeby zobaczyć przybyszy. Powiedział wszystkim „dzień dobry”, potem wysłuchał relacji kierowcy, że przyjechaliśmy z Rosji i zaraz po rozładunku zaczniemy pić wódkę, bo świec kupiliśmy dużo, wystarczy na całą noc. Potem postał chwilę w milczeniu, przyglądając się jak uwijamy się zdejmując pakunki i układając bezpośrednio na ziemi. Widocznie został przekonany w końcu, że skoro tak bardzo śpieszymy się do „picia”, to nie znajdziemy czasu na rozmowy, bo mruknął wreszcie „do widzenia” i odszedł ginąc w ciemnościach.&lt;br /&gt;Nie wywołało to wśród nas większego zainteresowania, tym bardziej, że powstał pierwszy kłopot. Do mieszkania nie dało się wejść - nie mieliśmy kluczy. Widocznie wujek, załatwiając wszystkie wstępne uzgodnienia związane z objęciem na własność domu i gospodarstwa przez naszą rodzinę, zapomniał o tak istotnym drobiazgu. Ale o tej godzinie nie pracował już żaden urząd, nie było do kogo się udać. Nie mogliśmy jednak zostać na podwórku, tuż obok domu, w którym mieliśmy zamieszkać. Ktoś wpadł na pomysł, żeby wejść do środka przez małe okienko prowadzące na strych i spróbować, czy nie da się otworzyć drzwi od wewnątrz. Edek był na tyle mały i szczupły, że w okienku mieścił się bez trudu, na tyle lekki, że było go łatwo podsadzić i na tyle duży, że mógł coś zdziałać samodzielnie. &lt;br /&gt;Podsadzono brata do góry. Chwilę przyglądaliśmy się jak się szarpie z okienkiem i przytrzymującymi go gwoździami. Za moment przejście było wolne i brat zniknął w ciemnym wnętrzu. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na wyniki tej wyprawy, a nasz bohater w tym czasie pokonując strach i narastająca dumą, że pierwszy bada nieznane wnętrze, szukał drogi do drzwi w ciemnościach. Tego wieczoru nie zdążył wszystkiego opowiedzieć, ale wracał do szczegółów przy każdej nadążającej się okazji.&lt;br /&gt;Edek był pierwszą osobą, która weszła do tamtego domu. Został w nim najdłużej, bo mieszka nadal. Pozostała trójka, nas braci, w różnym czasie opuściła również ten dom rodziców, zakładając swoje rodziny. Nikt nie opuścił Mazur, bo najmłodszy brat Kazik zamieszkał w Szczytnie, starszy Józek w pobliżu Szczytna (osada Kamionek), a jedynie ja trafiłem do odległego o sto kilometrów Giżycka.&lt;br /&gt;Edek znalazł schody prowadzące na dół i zszedł na parter, a potem po omacku dotarł do drzwi wejściowych. Nie wiem dzisiaj, a może nie wiedziałem i wtedy, z jakiego powodu nie miał żadnej latarki. Być może nie przyszedł nikomu do głowy ten pomysł, a najpewniej nikt nie miał takiego urządzenia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-2695547706799641202?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/2695547706799641202/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=2695547706799641202' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/2695547706799641202'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/2695547706799641202'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/02/podr-kolej-dobiega-koca.html' title='Podróż koleją dobiegła końca.'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-4467162691939561368</id><published>2007-02-14T12:00:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T15:25:35.872+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 1'/><title type='text'>Zniszczone podłogi.</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027695224463935634"&gt;&lt;img src="http://lh6.google.com/image/zeecen/RcX2KzUZyJI/AAAAAAAAAVw/q5WYbDXhCm8/s288/Gi%C5%BCycko_44.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kombinowanie z drzwiami od wewnątrz dało efekt. Edek znalazł wreszcie zasuwkę i drzwi otworzyły się. W mieszkaniu zapaliliśmy kilka świec i ich nikłe, chwiejące się płomienie oświetliły szare ściany i ciemne podłogi, które w najmniejszym stopniu nie przypominały tamtych solidnych i stabilnych w mieszkaniu, które zostało daleko. Szybko zorientowaliśmy się, chodząc ze świecami po całym dość dużym mieszkaniu, że najgorsze, najbardziej zniszczone podłogi są w najładniejszych pokojach.&lt;br /&gt;Ten stan chyba nie przeszkadzał wcale wujkowi, ponieważ stwierdził, że to żaden problem, bo do gospodarstwa należy jakaś parcela lasu i można będzie bez trudu uzyskać zezwolenie na wycięcie kilku sosen, żeby zawieść do tartaku i naprawić podłogę nowymi deskami. Nie omieszkał przy tym zaznaczyć, że tam zostawiliśmy dom wykonany z drewna, a tu będziemy mieli murowany. Ta wypowiedź nie poprawiła co najmniej mego humoru, bo wiedziałem, że ściany drewniane są znacznie cieplejsze i milsze, niż mur ceglany. Zdążyłem też zauważyć, że na ogrzanie dwóch pokoi przeznaczony jest tylko jeden piec, znacznie mniejszy od tego, który został w naszym mieszkaniu. &lt;br /&gt;Najważniejsze było jednak nie to. Z wypowiedzi wujka wynikało, że będziemy właścicielami pola i potrafiłem to jakoś zrozumieć, bo pamiętałem jeszcze okres przed nastaniem kołchozów. Oszałamiająco brzmiała natomiast informacja, że będziemy właścicielami lasu! W Związku Radzieckim nawet podwórko było nie nasze. Dziwnym krajem wydała się Polska, budująca dobrobyt socjalistyczny. &lt;br /&gt;Wujkowi to nie przeszkadzało i być może z tego powodu nadal najbardziej się cieszył, aż w pewnym momencie swoje wywody uzupełnił podsumowaniem, że będziemy teraz tu mieszkać, tu będzie nasz dom, tu „...mamy zapuszczać korzenie”. Nie wiem, jakie wrażenie zrobiła ta wypowiedź na innych członkach rodziny, lecz przyjąłem ją dość chłodno. Poczułem jakiś smutek, chociaż w tamtej chwili nie obchodziło mnie wcale, czy będzie tu lepiej, czy gorzej. Uświadomiłem sobie jeszcze raz, że stało się coś, co jest nieodwracalne i zamknął się jakiś rozdział w moim krótkim życiu. O przyszłości nie potrafiłem myśleć.&lt;br /&gt; Nie było jednak czasu, żeby zastanawiać się nad tym dłużej. Należało jak najszybciej wnieść rzeczy do domu, do którego zapraszały małe płomyki świec, które chwiały się i migały nieśmiało w powiewach zimowego powietrza. Nieustannie napływało ono do wnętrza przez otwarte drzwi, jeszcze bardziej schładzając mieszkanie, które nie było ogrzewane od dawna. &lt;br /&gt;Po kilku nieudanych próbach, wreszcie ustawiliśmy na środku największego pokoju stół, tak żeby stał równo, a żadna noga nie trafiała w wygnitą dziurę. Dzięki zapobiegliwości ojca mieliśmy też na czym usiąść. Zabraliśmy ze sobą drewniane, składane przedwojenne polskie krzesła. Przywędrowały z nami do Polski, ale każdy musiał ustawić je samodzielnie tak, żeby nóżki nie trafiały w dziury, żeby znalazły się na zdrowych kawałkach desek. &lt;br /&gt;Mama w tym czasie zdążyła odnaleźć coś wśród zapasów na pierwszą kolację. Oczywiście nakroiła grubej słoniny, a polskie poczęstunki postawiła na stole ciocia Helena. Znaleźliśmy też jakieś drewno do rozpalenia ognia w kuchni i po chwili miłe huczenie rozległo się pod naszym czajnikiem z pierwszą wodą nabraną z ręcznej pompy, wspólnej dla całej wsi, a umieszczonej na środku krótkiej uliczki. Tam, gdzie został nasz dom wodę mieliśmy swoją, ze studni na naszym podwórku. Czy i kiedy zapomnimy jej smak? &lt;br /&gt;Drewno, choć cudze i włożone do obcego paleniska, paliło się wesoło, tak samo jak w domu, w którym wyrosłem. Poprzez pęknięcia i nieszczelności blatu, płomienie rzucały migocące smugi światła na najbliższą ścianę i sufit. Być może od tej chwili było by milej i bardziej swojsko, tak jak powinno być w cichy zimowy wieczór, gdyby ściany i sufit nie były tak szare i smutne. &lt;br /&gt; Obok, w pokoju było znacznie widniej, choć brakowało tam lampy naftowej z ciepłym, żółtawym płomieniem za lekko przykopconym szkłem. Kilka świec próbowało ją zastąpić, a ich chybocące się światło odbijało się w szklankach z gorącą herbatą, która już trafiła na stół. Znalazła się tam również butelka z zimną radziecką wódką, do której dostęp w tamtym kraju był bez ograniczeń, bez konieczności stania w kolejkach. Nie wiem ile butelek tego rozweselającego płynu przywieźli rodzice, z przeznaczeniem nie tylko na pierwsze poczęstunki podczas rodzinnych spotkań, ale i na jakieś inne okazje. Chociaż nie było pijaństwa do świtu, o którym tak chętnie i kilkakrotnie wspominał kierowca, właściciel ciężarówki, to pierwsze wieczorne rozmowy w nowym mieszkaniu trwały dość długo. Rodzice wspominali swoją młodość, opowiadali o życiu w okresie rozłąki, ale najczęściej zastanawiali się nad tym, co czeka nas w Polsce. Zarówno wujek jak i ciocia nieustannie, wielokrotnie wracali w swych wypowiedziach do tego, że podjęliśmy jedyną słuszną decyzję, że na tamtych terenach nie mogliśmy pozostać, bo Polska tam już nie wróci, a teraz jesteśmy w swoim kraju, tu gdzie mieszka cała rodzina.&lt;br /&gt; W tym czasie nasz brat cioteczny, Romek, wyciągnął przenośne radio „Szarotka”, informując, że zaraz usłyszymy polską muzykę, śpiew, wiadomości. Na naszą uwagę, że przecież nie ma energii elektrycznej odpowiedział, że to jest takie radio, jakiego nie mogliśmy zobaczyć w zacofanej Rosji, bo posiada akumulatorki i może pracować również tam, gdzie nie ma energii elektrycznej. Oczywiście mała „Szarotka” nie mogła zastąpić naszego „Mińska”, ale pomyślałem sobie, że dobre i to. Niech sobie pogra. Romek włączył aparat. Usłyszeliśmy jakieś szumy i piski, ale innych, bardziej oczekiwanych dźwięków radio nie wydało. Nie przynosiło żadnych efektów chodzenie po pokoju, kręcenie aparatem, manipulowanie pokrętłami. Nie dało się usłyszeć żadnego koncertu ani wiadomości z żadnego miasta, również z Warszawy. Cóż, okazało się, iż bardziej niezawodny był radziecki głośnik, z jednym jedynym pokrętłem, którym regulowało się tylko głośność, niż polskie radyjko na akumulatorki.&lt;br /&gt;W następnym dniu spałem znacznie dłużej niż rodzice. Widocznie tak bardzo przyzwyczaili się do wcześniejszego wstawania w dawnych latach, kiedy gospodarzyli na swoim, że teraz na samą myśl, iż wkrótce będą ponownie gospodarzami na własnej ziemi wystarczyła, żeby obudzić się i wstać znacznie wcześniej, niż była taka potrzeba. Może powodem była chęć obejrzenia najbliższego otoczenia, a może po prostu chcieli jak najszybciej rozpalić ogień w piecu, bo w mieszkaniu było zimno.&lt;br /&gt;Mieliśmy szczęście. Poprzedni właściciel zostawił pod szopą trochę narąbanego drewna. Co prawda nie tak dużo jak my, w Okińczycach, tam rodzina, która zamieszkała po nas nie musiała tym problemem martwić wcale. Naszykowaliśmy drewna jak zwykle na całą zimę, żeby nie było kłopotów nawet w przypadku największych mrozów. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, wyjedziemy do Polski, czy zostaniemy w Związku Radzieckim. Wszystkie grubsze kloce, będące efektem ostatnich miesięcy mojej pracy w lesie, w pobliżu wsi, znalazły się na naszym podwórku.&lt;br /&gt;Tutaj, być może poprzedni właściciel już wcześniej wiedział o terminie wyjazdu i nie miał zamiaru tworzyć zapasów na zimę, nie chciał robić prezentu komuś, kto zamieszka po nim. Wystarczająco denerwował się z tego powodu, że zostawia dom, który być może sam wybudował. Dom nie był mały, choć układ poszczególnych pomieszczeń nie bardzo nam się podobał, ale za to znajdował się nad ładnym jeziorkiem, w pobliżu sosnowego lasu, który latem odbijał się w gładkiej tafli, jak w lustrze. Na pewno tego obejścia nikt nie opuścił bez żalu i smutku. &lt;br /&gt;Natomiast nam, już od wczesnego poranka, nie podobało się coś znowu. Nie podobało się, że ogień z kuchenki ucieka od razu do komina, że piec, chociaż zbudowany z kafli, rozgrzewa się słabo. Dość szybko zauważyliśmy, że na podwórku było znacznie cieplej niż w kraju, z którego przyjechaliśmy, ale w mieszkaniu było niewspółmiernie zimniej. Na te uwagi, wujek znowu znalazł wytłumaczenie, że piec stopniowo rozgrzeje się i w mieszkaniu po jakimś czasie też zrobi się cieplej. &lt;br /&gt;Być może było by cieplej i milej, gdyby prócz zimnego powietrza nie wciskała się mgła, która pojawiła się w nocy i osłoniła wszystko wokół. Przyjechaliśmy do wsi wieczorem, kiedy chowa się słońce i nadciąga nocna ciemność. Nie zastanawialiśmy się, jaka będzie pogoda rano, ale sądziliśmy, że umożliwi obejrzenie przynajmniej najbliższych okolic. Niestety, pierwsze spojrzenie przez okno wykazało, że wszystko wokół jest przesłonięte białą zawiesiną, wilgotną i zimną.&lt;br /&gt;Dość szybko ułożyliśmy sobie teorię, że w kraju, do którego los nas zagonił, będzie tak często, bo wokół pełno jest jezior, a całkiem blisko zaczyna się morze. Trudno spodziewać się tu pięknych słonecznych dni, mroźnej zimy i gorącego lata. Będziemy mieszkać w tej mgle, nie zobaczymy błękitnego nieba, a może nawet najbliższych krajobrazów. Taka będzie ta polska, lepsza rzeczywistość.&lt;br /&gt;Pomimo mgły, wyszliśmy z domu, żeby obejrzeć przynajmniej jeziorko, chociaż całe było skute lodem. Droga wokół białej tafli, przykrytej cienką warstwą śniegu, trwała na tyle krótko, że radość dnia poprzedniego uległa zachwianiu. Jeszcze bardziej umocniła się nasze pierwsze spostrzeżenie, że warunki na kąpiel będą wręcz idealne, ale nie było też wątpliwości, że jedynie we wspomnieniach zostaną nasze długie wędrówki z wędkami w ręku, wzdłuż krętych brzegów naszego Niemna, w poszukiwaniu wciąż nowych zakoli, z bardziej głębokim nurtem. Zbyt oczywisty był fakt, że woda w jeziorze nie płynie, nie podmywa brzegów i nie rozlewa się szeroko na prostych odcinkach. Wokół jednak istniały tylko jeziora. &lt;br /&gt;Nie ujrzymy, więc już nigdy tamtych pięknych wygibasów, za którymi nasza kochana rzeka skręcała i ginęła z oczu, zachęcając do dalszej wędrówki. Obawialiśmy się, że zabraknie tu nawet miejsca na gorącą plażę z sypkim piaskiem. Dość jednoznacznie, całą czwórką braci doszliśmy do przekonania, że ciężko będzie wytrzymać w okresie letnim bez tych atrakcji, jakie zapewniał Niemen.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-4467162691939561368?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/4467162691939561368/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=4467162691939561368' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/4467162691939561368'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/4467162691939561368'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/02/zniszczone-podogi.html' title='Zniszczone podłogi.'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-6293377888179066030</id><published>2007-02-13T15:19:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T15:23:48.665+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 1'/><title type='text'>Naręcze drewna</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027694524384266290"&gt;&lt;img src="http://lh3.google.com/image/zeecen/RcX1iDUZyDI/AAAAAAAAAVA/8YkXzW7vOs0/s288/Gi%C5%BCycko_34.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Już od pierwszych dni naszego pobytu w nowym miejscu zaczęli odwiedzać nas coraz inni mieszkańcy sąsiednich domów. Ktoś przyniósł naręcze drzewa, ktoś mleka, a jeszcze inny - worek ziemniaków. Rodzice dziękowali za dary, opowiadali skąd jesteśmy i dlaczego przyjechaliśmy do Polski, a jednocześnie uzyskiwali informacje o tym, jak się żyje tu, w Polsce. Podczas rozmów nie sposób było nie wspomnieć o gęstej, białej mgle, która nie chciała ustąpić w ciągu kilku kolejnych dni. Nasz smutek wzrastał jeszcze bardziej, kiedy z ust mieszkańców padały stwierdzenia, że tak już tu jest, że lato i zima są bardzo wilgotne i na stare lata wszystkich „skręca”, wszystkie starsze osoby zaczynają chorować na reumatyzm. Tylko jeden sąsiad widział wszystko całkiem inaczej, bo powiedział do mamy pewnie i budująco, że mgła nie będzie zawsze, że wkrótce zginie, na niebie ukaże się słońce, a wraz z nadejściem lata rozpoczną się upały i można będzie wygrzać się na zapas, więc nie ma powodów do zmartwień.&lt;br /&gt; Chyba po kilku dniach od momentu przyjazdu stwierdziliśmy, że nasze obawy odnośnie trudności z ogrzaniem mieszkania do większej temperatury potwierdzają się w całej rozciągłości. Niewielka stertka drzewa, którą zostawił poprzedni właściciel, zmniejszała się z dnia na dzień i nie było wątpliwości, że wkrótce znikną ostatnie polana. W mieszkaniu było zimno, a prócz tego mama skarżyła się prawie codziennie, że wyjątkowo ciężko jest gotować każdy posiłek na kuchence, do której bez przerwy trzeba dokładać drewno. Widzieliśmy, że całe ciepło wraz z płomieniami ulatuje do komina, a w tamtym domu, który został daleko na wschodzie, rozgrzana masa cegieł „ruskiego pieca” promieniowało ciepło przez cały dzień. Nie wystygał on do końca w ciągu całej zimy, a ponadto wstawione do wnętrza garnki „gotowały się same”. Nałożone do wnętrza drewno spalało się powoli i tworzyło wielką stertę żaru, który utrzymywał potem wysoką temperaturę w ciągu wielu godzin. W efekcie, w ciągu całego dnia z gorących cegieł promieniowało ciepło, tworząc w mieszkaniu miłą atmosferę, pomimo mrozu i szalejącej zamieci za szybami okien.&lt;br /&gt;O tym, że w nowym, poniemieckim mieszkaniu jest zimno marudziliśmy prawie bez przerwy, dziwiliśmy się jak poprzedni właściciele mogli mieszkać w takich warunkach, dochodziliśmy do wniosku, że właśnie zimne mieszkanie jest powodem reumatyzmu, a nie zdarzające się czasami mgły i pobliskie jeziora. Jednak, jak zwykle ojciec na ten temat miał całkiem odmienne zdanie i twierdził, że skoro słupek rtęci w termometrze przekracza granicę dziesięciu stopni, to nie ma powodów do narzekań. Nie omieszkał przy tym dodać, jaki chłód panował w barakach, w czasie austriackiej niewoli, a potem dość często zaczynał swoje długie wywody o tym, jak bardzo powinniśmy cieszyć się, że ominęły nas kołchozy, radziecka rzeczywistość, służba w tamtej armii. Na zakończenie, w postaci ostatecznego argumentu kończącego dyskusję oświadczał, że nie mamy powodów ani do narzekań, ani do krytykowania tego, co zastaliśmy tu, bo we własnym zakresie jeszcze nic nie zbudowaliśmy. Będziemy mieli prawo do krytykowania, kiedy zrobimy coś lepszego, własnymi rękoma, w oparciu o własne pomysły. Dodawał czasami, że do domu zostawionego w „naszych stronach” tylko on tęsknić może najbardziej, bo sam go zbudował. &lt;br /&gt; Chociaż takie postawienie sprawy faktycznie kończyło dyskusję, to od ścian nadal „ciągnęło” chłodem, w mieszkaniu było zimno. Dość długo układaliśmy plany, w jaki sposób i gdzie wybudujemy „ruski piec”, może nie tak okazały, ale przynajmniej spełniający podstawowe funkcje. Nie pomyśleliśmy wtedy, że do gotowania w „ruskim piecu” potrzebne są inne garnki, a w sprzedaży nie było ich wcale. &lt;br /&gt;Wiedzieliśmy, że będziemy gospodarzyć na własnej ziemi, będziemy mieli swoją mąkę. Powstanie możliwość pieczenia chleba, a jedyną przeszkodą w zrealizowaniu tego marzenia, jak na razie, jest brak odpowiedniego pieca. Jednak, w miarę jak mijały kolejne miesiące, o piecu wspominaliśmy coraz rzadziej, a potem temat ten przestał istnieć. Okazało się, że chleb można było kupić w Szczytnie i to bez żadnych problemów. Dziwnym krajem okazała się Polska. Energii elektrycznej we wsi nie było, ale chleb w sklepach był zawsze, o dowolnej porze, a co było jeszcze bardziej dziwne – nie ustawiała się do niego żadna kolejka.&lt;br /&gt;Jeszcze dziwniejsze było to, że dość często widzieliśmy w sprzedaży nawet kiełbasę. Oczywiście rodzice kiełbas nie kupowali. Przecież nikt nie pracował, nikt nie zarabiał, a pieniądze uzyskiwane ze sprzedaży niektórych artykułów, przywiezionych ze Związku Radzieckiego, należało przeznaczyć w pierwszej kolejności na zakupy związane ze zbliżającą się wiosną, a więc zapewniające pierwsze kroki na własnej gospodarce. Nie mieliśmy żadnych zwierząt gospodarczych, nasion, najprostszych narzędzi. &lt;br /&gt; Rodzice szybko, chyba z radością a może i entuzjazmem, wracali do obowiązków gospodarzy, do tego, co tak gwałtownie i bezwzględnie zabrał kołchoz. Słyszałem niekończące się rozmowy z sąsiadami, które odwiedzały nas może nie codziennie, ale bardzo często. Rozmowy dotyczyły okoliczności przyjazdu na te tereny, przebiegu i skutków ostatniej wojny, o której nie mogli w żaden sposób zapomnieć, chociaż już kilkanaście lat żyli w pokoju. Najczęściej jednak dyskutowali o tym, jak się gospodarzy, jak lepiej uprawiać ziemię, żeby dawała lepsze plony. Na ten temat najczęściej rozmawiali rodzice również między sobą. Byli przekonani, że jeżeli potrafili wytrwać w warunkach kołchozowych, uprawiając niewielką działkę, to tutaj na kilkuhektarowym gospodarstwie nasze warunki życiowe będą bez porównania lepsze.&lt;br /&gt;Czas kołchozów minął jak zły sen, ale o tamtych latach ojciec opowiadał nieustannie nie tylko sąsiadom. Do tematu powracał często, kiedy w wolnym czasie miał przy sobie całą rodzinę. Być może słusznie uważał, że jego synowie nie zdążyli na dobre zapoznać się z tamtymi realiami i pragnął kolejny raz powtórzyć dobrze znane historie. &lt;br /&gt; Chyba z entuzjazmem przyjął na siebie cały ciężar załatwiania spraw urzędowych. Był jeszcze na tyle silny, zdrowy i wiedział, do czego dąży, mimo swych prawie siedemdziesięciu lat, że pod tym względem starał się ze wszystkim radzić samodzielnie. Oczekiwał od nas pomocy tylko w wyjątkowych przypadkach, szczególnie tam gdzie był niezbędny większy wysiłek fizyczny. Tak też było, kiedy nieoczekiwanie dowiedziałem się, iż w następnym dniu „od samego rana” pójdziemy do lasu, przygotować drewno na opał. Zima przecież dopiero się zaczęła, a nie możemy liczyć, że ktoś zrobi to za nas. Usłyszałem ponadto, że jest załatwione już wszystko nie tylko w nadleśnictwie, ale i z sąsiadem, który z wielką chęcią ofiarował się przywieźć drewno na nasze podwórko. Za tę przysługę nie chciał żadnej zapłaty. &lt;br /&gt;Opisując nasze pierwsze tygodnie i miesiące w nowym miejscu, w nowym otoczeniu, popełniłbym wielki nietakt w stosunku do wszystkich sąsiadów, gdybym zapomniał, że od pierwszych dni naszego pobytu w tej małej wiosce spotkaliśmy się z wielką życzliwością i szczerą pomocą z ich strony. Być może pamiętali zbyt dobrze tamte pierwsze tygodnie i miesiące, kiedy przyjechali tu ze swoich stron ojczystych, przeważnie z Kurpiowszczyzny i mieli podobne kłopoty, przeżywali takie same rozterki. Ale z taką samą życzliwością odnosili się do nas tak zwani „autochtoni”, którzy chyba łatwiej wypowiadali swe myśli po niemiecku, niż po polsku. Może chęć pomocy ze strony jednych i drugich wynikała głównie z tego powodu, że ludzie w stosunku do siebie są z reguły życzliwi, bez względu na narodowość i przynależność państwową.&lt;br /&gt; Udaliśmy się więc pewnego poranka do lasu w to miejsce, które dzień wcześniej jakiś pracownik nadleśnictwa pokazał ojcu. Leżały tam potężne świerki, czasami skrzyżowane, jeden na drugim. We wszystkie kierunkach sterczała plątanina długich gałęzi. One były celem naszej „wyprawy”. Należało je obrąbać i wyciągnąć w to miejsce, do którego można dojechać koniem. Wyznaczoną kwotę ojciec już wpłacił w kasie nadleśnictwa, a teraz nie omieszkał kolejny raz powtórzyć, że „sowieci” za takie gałęzie nie brali żadnej opłaty. Nie mogę sobie przypomnieć, czy opowiadał jak było w Polsce przedwojennej. &lt;br /&gt; Ten szczegół dla ojca był dziwny, dla mnie obojętny, ale żadnego z nas nie ucieszył śnieg, który po nocy świeżą i grubą warstwą przykrył zarówno ziemię, jak i gałęzie, czekające na nasze siekiery. Gołe ręce, już po pierwszym zetknięciu się z nimi, stały się mokre i odczuły działanie mrozu. Trwało to jednak krótko, bo w wyniku energicznego machania siekierą, a następnie przerzucania i przenoszenia gałęzi na jeden stos, robiło się coraz cieplej i do momentu zakończenia pracy już nie czuło się zimna. Nie mieliśmy żadnych rękawic, a ponadto ojciec głosił ciągle pogląd, że podczas pracy ręce nie marzną. Twierdził, że człowiek marźnie tylko wtedy, kiedy nic się nie robi. Czasami jeszcze dodawał: „najlepiej nałożyć na siebie rękawice, kożuch, ciepłą czapkę... położyć się przy robocie i poleżeć”.&lt;br /&gt;Chyba w tym samym dniu jeden z sąsiadów przywiózł przygotowany opał na „nasze podwórko”. Być może w tamtym momencie po raz pierwszy użyliśmy tych słów, być może bez żadnego przekonania, że podwórko faktycznie jest nasze. Nie wiem, kiedy rodzice ostatecznie uwierzyli, że dom, podwórko i pola są nasze. Może po zapłaceniu ostatniej raty należności, chociaż na ten moment musieliśmy czekać jeszcze kilka lat. Może w tym dniu, kiedy do stodoły wjechał pierwszy wóz ze zbożem, z „naszego” pola, które kilka miesięcy wcześnie ojciec obsiał własnoręcznie? Być może rodzice takiego momentu nawet nie zauważyli, tak samo jak ja.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-6293377888179066030?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/6293377888179066030/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=6293377888179066030' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/6293377888179066030'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/6293377888179066030'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/02/narcze-drewna.html' title='Naręcze drewna'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-1262386786180571522</id><published>2007-02-13T10:31:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T15:33:35.745+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 1'/><title type='text'>Ty ruskaja bałda</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027692187922056946"&gt;&lt;img src="http://lh3.google.com/image/zeecen/RcXzaDUZxvI/AAAAAAAAASg/lktN-wSE3kQ/s288/Gi%C5%BCycko_20.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjechaliśmy do Polski w tym czasie, kiedy młodsi bracia byli w wieku szkolnym. Wkrótce całą trójką rozpoczęli naukę w polskiej szkole, w Szczytnie. Nie mieli większych trudności z żadnym przedmiotem, prócz języka polskiego. To nie były zaległości, a po prostu brak wiedzy i trudno się temu dziwić. Przecież żaden brat w okresie poprzednim nie był na lekcji „polskiego” ani jednej godziny. Tego chyba nie mógł zrozumieć nauczyciel, który na błędną wypowiedź powiedział do brata przy całej klasie „...Ty ruskaja bałda, ...ciebie nie da się nauczyć”.&lt;br /&gt; Nie wiem, jakie kwalifikacje miał tamten „pedagog”, jak bardzo wysoko oceniał poziom swej wiedzy i umiejętności, ale brat sobie z nauką poradził nie najgorzej, chociaż nie był prymusem. Z całą trójką młodszych braci nie było najmniejszego problemu. Chodzili do szkoły, nawiązali znajomości, chyba czuli się całkiem dobrze. Ponownie powstał problem ze mną. Miałem ukończoną szkołę rosyjską o poziomie średnim. W Polsce radzieckie świadectwa maturalne były traktowane na równi z polskimi. Nie musiałem więc chodzić do szkoły nie tylko z powodu wieku, ale powstała konieczność znalezienia pracy. Kilka hektarów ziemi piątej i szóstej klasy, które nazywało się gospodarstwem, nie mogło być uznane za warsztat pracy. Gospodarzyć miał ojciec, a nasze obowiązki sprowadzały się do pomagania, głównie podczas cięższych prac sezonowych. Ojciec nadal uważał siebie za wystarczająco silnego i sprawnego fizycznie. &lt;br /&gt;Tylko czasami wyrażał obawy, że kolektywizacja może dotrzeć również do Polski, chociaż tak bardzo w to nie wierzył tym bardziej, że sąsiedzi na takie słowa reagowali gniewnie i twierdzili, że nikt nie zmusi polskich chłopów do żadnej wspólnoty. Ojciec widocznie z tymi poglądami w pełni się zgadzał, bo w przeciwnym wypadku nie zdecydowałby się na ponowne kupowanie ziemi. Nie zapomniał krzywdy wyrządzonej przez system radzieckich kołchozów. Ziemię, którą nabył na Kresach musiał „na własną prośbę” oddać do kołchozu i podczas wyjazdu do Polski nie otrzymał za nią nawet przysłowiowej „kopiejki”. Tamtej straty nie zrekompensowały żadne rządy. &lt;br /&gt;W tym czasie rodzice nawiązywali przeważnie przypadkowe kontakty z coraz innymi osobami z „naszych stron”. Wszyscy znaleźli się tu w pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny, w ramach pierwszej repatriacji. Zdecydowana większość rozmówców przekonywała, że na nowych terenach czują się dobrze, chociaż została tęsknota za utraconymi stronami rodzinnymi i pamięć o nich jest ciągle żywa. Potem uzupełniali wypowiedzi stwierdzeniami, że żyje się dla dzieci i najważniejsze jest żeby oni byli szczęśliwi. &lt;br /&gt;Dość szybko zauważyłem, iż mieli racje wszyscy ci, którzy twierdzili, że możliwości kierowania swoim losem są znacznie większe w Polsce, niż to było w Kraju Rad. Już po pierwszych tygodniach pobytu miałem dowód osobisty. Mogłem swobodnie poruszać się po całym kraju. Problem mieszkaniowy jedynie stwarzał ograniczenia. Ale na podstawie relacji osób, które znalazły się w Polsce zaraz po wojnie wynikało, że nie zachodzi konieczność poszukiwania pracy w innym regionie, bo wystarcza jej na miejscu. Dowodem tego są dzieci uchodźców z okresu pierwszej repatriacji, które szybko dostosowały się do nowych warunków. Zależnie od wieku wszyscy uczyli się lub pracowali i byli szczęśliwi. Byliśmy przekonywani, że w szybkim terminie zapomnimy o biedzie, w której mieszkaliśmy w „swoich stronach”. Następne pokolenia może nawet nie zechcą słuchać wspomnień swoich dziadków o minionych czasach i ojczyźnie za Bugiem.&lt;br /&gt;Za pośrednictwem tych samych, albo innych słów, powtarzano podobne myśli. Pokolenie rodziców na każdym kroku chciało mieć potwierdzenie, że postąpili słusznie, kiedy podporządkowując się wyrokom losu opuścili strony rodzinne, chociaż było to niezmiernie przykre, nie zgodne z uczuciami tkwiącymi ciągle w głębi duszy. Dla swego usprawiedliwienia tworzyli teorię, że dla osób starszych, których życie zbliża się ku końcowi, nie istnieją żadne perspektywy również w Polsce, ale sam fakt większej wolności ma też ogromne znaczenie. Przecież w Polsce nawet kościołów nikt nie zamyka, nikt nie prześladuje za okazywanie uczuć religijnych, za to że uczestniczy się w nabożeństwach i szuka duchowego wsparcia, które daje wiara. Tam, skąd przyjechaliśmy, wszystko to zostało wykreślone nawet ze sfery marzeń. Słyszałem kolejny raz, że tutaj jesteśmy wśród swoich, że dzieci chodzą do polskiej szkoły, są wśród Polaków. &lt;br /&gt;Takie spotkania i rozmowy również przyczyniały się do tego, że u rodziców z miesiąca na miesiąc rozrastało się przekonanie, iż postąpili słusznie decydując się na wyjazd. Może to nie był entuzjazm, ale nie mieli już żadnej wątpliwości, że nie pomylili się, kiedy postanowili opuścić kraj swoich ojców i dziadów. Ojciec powracał do tego tematu wielokrotnie. Sam sobie zadawał pytanie, sam na nie odpowiadał, wyszukując i wypowiadając głośno nowe, albo te same argumenty w zmienionej formie, przekonując któregoś syna do dobrze znanej argumentacji. Nad tym problemem zbytnio nie zastanawiałem się. Z poglądami ojca zgadzałem się coraz bardziej, chociaż nie potwierdzałem tego głośno. Widocznie chciałem usłyszeć tych argumentów więcej. &lt;br /&gt;Mijały kolejne tygodnie od naszego przyjazdu. Rodzice mieli swoje gospodarstwo, chociaż ziemia była jeszcze zamarznięta. Młodsi bracia chodzili do szkoły, a ja nadal zostawałem bez żadnego „przydziału”. Widocznie ciążyło fatum uchylania się od pracy, które zrodziło się w Związku Radzieckim. Co prawda, w sposób energiczny nie szukałem pracy, bo nawet nie wiedziałem, do czego się nadaję. Przecież nie miałem wyuczonego żadnego zawodu, a słaba znajomość języka polskiego stwarzała dodatkowe ograniczenia. Ponadto była jeszcze zima, a o pracę łatwiej wiosną.&lt;br /&gt;W tym zakresie starania ojca były chyba większe, bo wspominał o moim problemie często podczas różnych rozmów. W tym czasie nawiązaliśmy też kontakt z rodziną państwa Pruszkowskich, którzy wyjechali do Polski parę miesięcy przed nami i zamieszkali bardzo blisko, bo w Olsztynie. Do wzajemnych odwiedzin dochodziło dość często. Podczas jednej takiej rozmowy z ich krewnym - pracował na PKP jako maszynista - ojciec ponownie poruszył temat znalezienie pracy dla mnie. Ku swemu zaskoczeniu usłyszałem, że nie będzie żadnych problemów z zatrudnieniem się na kolej, bo jest to ogromna firma i zawsze potrzebuje nowych pracowników jak nie w jednym dziale, to w innym. Zrodziła się nadzieja pracy i to nie byle gdzie, a na kolei. Rodzice dobrze pamiętali, że przed wojną pracownicy w kolejarskich mundurach cieszyli się wielkim szacunkiem i dobrze zarabiali. Wierzyli, że mniej więcej tak samo jest w czasach obecnych. &lt;br /&gt;W następnym dniu pojechałem do Olsztyna, spotkałem się z już znaną mi osobą, którą teraz ujrzałem w mundurze. Być może mundur dodawał większej powagi i pewności. Ten pan wiedział do którego budynki należy pójść, z kim rozmawiać. Podczas pierwszego, a jednocześnie jedynego spotkania z kierownikiem jednostki nadrzędnej nad pobliskimi stacjami, wśród których było i Szczytno, zostałem przyjęty na dziewięciomiesięczne szkolenie z poborami w wysokości około tysiąca złotych.&lt;br /&gt;Było to pod koniec marca, a więc po trzech miesiącach od przyjazdu do Polski. Rozpocząłem prace w ogromnej, państwowej firmie, bez żadnej obawy, że trafię do kołchozu, albo na jakąś budowę na dalekiej północy lub w głębi Syberii. Już wkrótce wiedziałem, że dokonałem dobrego wyboru. Powtarzał to za każdym razem inny pracownik PKP. Słyszałem, że kolej jest i będzie zawsze i chociaż praca nie jest łatwa, bo nie ustaje w niedziele i święta, że dla pracowników zatrudnionych na zmiany nie ma różnicy między dniem i nocą, to mimo to do takiego stylu życia można przyzwyczaić się i nie mieć powodów do narzekań. &lt;br /&gt; Być może nie potrafiłem jeszcze docenić wszystkich pozytywów zatrudnienia się w tej firmie, ale widząc spokój rodziców, a szczególnie nie ukrywaną radość mamy, zaczynałem wierzyć, że być może jest to jedno z najlepszych rozwiązań. Ważny był też fakt, że po odbyciu służby wojskowej zostanę przyjęty na to same stanowisko, na dotychczasowych warunkach. I wreszcie to, co najważniejsze - zacząłem przynosić do domu zarobione pieniądze. Był to poważny zastrzyk dla naszej rodziny. O tak wysokich poborach w Związku Radzieckim nie mogłem marzyć, nawet gdybym nadal pracował w stolarni. Wypada jednak mówić, że pieniądze „otrzymywałem” a nie zarabiałem, bo tak naprawdę nic nie robiłem, za nic nie odpowiadałem. Była to tak zwana „praktyka - staż” - poznawanie pracy poprzez obserwację i ewentualnie wykonywanie niektórych czynności za właściwego pracownika, ale tylko wtedy, kiedy uznał, że może na to pozwolić. Razem ze mną poznawała tajniki pracy na PKP, już nie w teorii a na praktyce, kilkuosobowa grupa uczniów ostatniej klasy technikum kolejowego z Olsztyna. &lt;br /&gt;Zapoznawałem się kolejno z zakresem obowiązków na poszczególnych stanowiskach, na stacji w Szczytnie. Przepisów musiałem uczyć się we własnym zakresie. Po zakończeniu szkolenia czekał mnie egzamin, a od wyniku zależało, czy PKP podpisze umowę na zatrudnienie na stałe. Takie warunki były jeszcze jednym czynnikiem zmuszającym do podnoszenia poziomu władania językiem polskim, zarówno w formie ustnej, jak i pisemnej. Niewątpliwie, pozytywne oddziaływanie w tym kierunku miał fakt ciągłego przebywania w zakładzie pracy, wśród osób rozmawiających wyłącznie po polsku. &lt;br /&gt;Najpierw znalazłem się w kasie biletowej, gdzie obserwowałem pracę kasjerów sprzedających bilety, a w ramach ćwiczeń uczyłem się wyliczać należności czasami na dość skomplikowanych trasach, ze zmianą pociągów z osobowego na pośpieszny i odwrotnie, z różnego rodzaju ulgami. Kiedy nie było kolejki przed okienkiem, niektórzy kasjerzy informowali dodatkowo o swojej pracy, ale najczęściej zasypywali pytaniami o tym, jak się żyło w radzieckim państwie, jak się podoba Polska i czy przyzwyczaiłem się do warunków tu obowiązujących, czy nie tęsknię za opuszczonym krajem. Często pytali się gdzie się nauczyłem mówić i pisać po polsku. Chcieli koniecznie wiedzieć, czy na tamtych terenach były szkoły polskie, w jakim języku rozmawialiśmy w domu: po polsku, czy po rosyjsku? Pytania te powtarzały się w każdym nowym dziale, po pierwszych minutach rozmowy z kolejnymi pracownikami. Chociaż już nie używałem rosyjskich słów, potrafili poznać, że przyjechałem ze Wschodu po pierwszych moich słowach, po krótkiej informacji, że zgłaszam się na szkolenie. &lt;br /&gt;Bardzo rzadko, ale miały miejsce i takie sytuacje, kiedy ktoś pytał się jak i dlaczego nasza rodzina znalazła się na terenie Rosji. Tego typu pytania wydawały się bardzo dziwne, bo wcześniej zdążyłem powiedzieć skąd przyjechaliśmy. Stołpiec mógł ktoś nie znać, ale o Nowogródku powinien był słyszeć chyba każdy. Jeszcze dziwniejsze było to, że niektórym osobom musiałem przypominać, iż granice Polski przed wojną przebiegały inaczej. Większość rozmówców znała jednak historię i geografię na takim poziomie, że po chwili słyszałem jakiś osobiste przeżycia, związane ze zmianami granic państwowych, po zakończeniu wojny. Niektórzy zastanawiali się czy dla Polski i Polaków wyszło to na lepsze, czy na gorsze. Dość często, jako podsumowanie takiej rozmowy słyszałem stwierdzenie, że na wszystkie te wielkie wydarzenia nie mamy żadnego wpływu i musimy podporządkować się warunkom wyznaczanym przez los.&lt;br /&gt;Chyba jednak u nikogo, kto mieszkał poprzednio po tej stronie Bugu, nie zauważyłem żadnego poczucia tęsknoty z powodu zmiany granic i utraty przez Polskę terenów zwanych Kresami Wschodnimi. Odnosiłem wrażenie, że byli bardziej zadowoleni z przyłączonych do Polski Ziem Zachodnich, a szczególnie Północnych.&lt;br /&gt; Zgodnie z programem szkolenia znalazłem się też na praktyce wśród tak zwanych drużyn manewrowych, to jest w tej grupie pracowników, których pracę poznałem siedząc w wagonie podążającym z Brześcia, do Szczytna. Już dobrze wiedziałem, że ostrzegawcza nalepka na wagonie miała istotny wpływ na sposób przetaczania. Jeśli nie było nalepek, to wagon był traktowany jak pusty, albo załadowany towarem, który nie ulega uszkodzeniu podczas gwałtownego zderzania. Wagon z nalepkami rzucał się w oczy z daleka i przestawiano go z toru na tor ostrożnie, chociaż czasami zdarzało się, że również był uderzony mocno. Ale były to tylko nieliczne przypadki. &lt;br /&gt; Moje zainteresowanie pracą wzrastało w miarę jak przechodziłem od jednej grupy do drugiej. Po powrocie do domu opowiadałem o znaczeniu, roli i szczegółach funkcjonowania poszczególnych działów, o obowiązkach pracowników i chyba nawet nie zauważałem jak z dnia na dzień nie tylko lepiej wypowiadam swoje myśli w języku polskim, ale też coraz bardziej oswajałem się z nowym otoczeniem, chociaż nie potrafiłem nazwać miasta i okolic swoją ojczyzną.&lt;br /&gt; Na praktyce, czyli tak zwanym stażu, byłem dziewięć miesięcy. Przebywałem przy coraz innych grupach pracowników, wykonujących inne czynności, z innym zakresem obowiązków i odpowiedzialności. Z zainteresowaniem poznawałem funkcjonowanie ogromnej instytucji o pracy której jeszcze kilka miesięcy temu nie miałem żadnego pojęcia. Tylko ojciec nie mógł się nadziwić, za co dostawałem pieniądze, bo przecież nic nie robiłem. Wielokrotnie powtarzał, że coś takiego jest możliwe tylko w Polsce, bo w żadnym innym kraju nikt nie płaci za samo przychodzenie do „pracy”. Próbowałem wyjaśniać, że jest to szkolenie, a po zdaniu egzaminu, rozpocznę pracę w którymś dziale. Ojciec komentował, że w takim przypadku to ja powinienem płacić za naukę, a nie odwrotnie. Nasze rozmowy nie wywołały żadnej rewolucji, zostało wszystko tak, jak ustaliły władze PKP.&lt;br /&gt;  Absolwenci technikum kolejowego, z którymi przebywałem razem, interesowali się swoimi podręcznikami, przepisami i pracą tylko od czasu do czasu. Najczęściej czekali na moment, kiedy zawiadowca stacji zakończy obchód poszczególnych stanowisk, a więc w danym dniu po raz drugi nie przyjdzie, i przystępowali do rozwiązywania krzyżówek. Będąc uczestnikiem tej rozrywki uzyskiwałem znacznie większe korzyści niż oni, bo za każdym razem poznawałem nowe wyrazy, uczułem się zasad pisowni, wzbogacałem swoje ubogie słownictwo.&lt;br /&gt;Niezależnie od tego, czy słuchałem wypowiedzi osób starszych, czy tak samo młodych jak ja, – czyli przed wojskiem, mogłem wyciągnąć tylko jeden wniosek. Zarówno jedni jak i drudzy uważali całe tereny byłych Prus Wschodnich za swoją ojczyznę, nienaruszalną część Polski, nie wyobrażali możliwości zmiany granic i opuszczenia tych ziem.&lt;br /&gt;W tym samym czasie, tysiące rodzin polskich na terenach byłych Kresów Wschodnich, czekało na zmianę granic, na powrót do stanu sprzed 17 września 1939 roku. Wiara niektórych osób była tak wielka, że nawet podczas drugiej repatriacji nie zdecydowali się na wyjazd, a zostali na ziemi ojców, być może wierząc w to, że nie muszą jechać do Polski, bo to Polska wróci do nich. Dla Polaków, którzy od pokoleń mieszkali na tamtych terenach, przywrócenie granic z okresu przed wybuchem drugiej wojny światowej wydawało się marzeniem tak naturalnym, jak wiara w to, że nadejdą takie czasy, kiedy będą mogli kupić chleb bez konieczności ustawiania się w kolejce, od połowy nocy.&lt;br /&gt;Polska, do której przyjechałem, była całkiem innym krajem. Rozmawiałem z chłopcami w swoim wieku, ale czasami odnosiłem wrażenie, że należymy do innych światów. Oni dziwili się i nie mogli uwierzyć, iż mogą być problemy z kupieniem chleba. Mieli odwagę narzekać, że w sprzedaży czasami brakuje kiełbasy! &lt;br /&gt;Nie mogli zrozumieć, że tam, gdzie mieszkałem, większość domów zarówno na wsi jak i w mieście, mniej więcej takim jak Szczytno, było wykonane z drewna. Dziwili się, kiedy opowiadałem, że podstawowym materiałem budowlanym były wysokie sosny, a wyciosane z nich bale tworzyły ściany. Chyba celowo udawali zdziwienie, kiedy chcieli żebym szczegółowo wyjaśnił, w jaki sposób obronić się w takim mieszkaniu przed śniegiem wciskającym się do wnętrza wraz z wiatrem przez szpary. &lt;br /&gt;Być może uważali, że kraj w którym buduje się z cegły osiągnął wyższy poziom cywilizacyjny i być może byli dumni z tego powodu. Mogli tak uważać, mogli nawet się cieszyć, ale nie czułem kompleksu niższości, że wyrosłem wśród ludności, która nie budowała swych mieszkań z cegły. Na pewno byłem dumny, kiedy tłumaczyłem, że między klocami ułożonymi przez fachowca nie ma żadnych szpar, a drewno jako naturalny wytwór przyrody stwarza bardziej miłe warunki w mieszkaniu, niż sztuczna, zimna cegła.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-1262386786180571522?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/1262386786180571522/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=1262386786180571522' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/1262386786180571522'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/1262386786180571522'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/02/ty-ruskaja-bada.html' title='Ty ruskaja bałda'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-3646390617572230541</id><published>2007-02-13T07:37:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T15:39:24.904+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 1'/><title type='text'>„Ruskiego” pieca nie wybudowaliśmy</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027695555176417490"&gt;&lt;img src="http://lh3.google.com/image/zeecen/RcX2eDUZyNI/AAAAAAAAAWQ/eQouQEhsVmw/s288/Gi%C5%BCycko_50.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdziwiłem się bardzo, kiedy pewnego dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem, że cześć pola, którą widziało się z podwórka jest zaorana. Z nieukrywaną radością rodzice poinformowali, że tak wygląda cała reszta, również ukryte za wzgórzem i skrawkiem lasu. Potem ze szczegółami opowiadali, że wczesnym rankiem zauważyli, jak na naszą ziemię wjeżdżają kolejno sąsiedzi i zaczynają orkę. Ojciec w pośpiechu zaprzągł do pługa również swojego konia i wyruszył do nich. Nie ukrywał, że był miło zaskoczony taką pomocą. Tamci z uśmiechem odpowiedzieli, że wśród sąsiadów nie może być inaczej i po chwili odpoczynku ponownie kontynuowali pracę. &lt;br /&gt;Po polu zarośniętym trawą i chwastami, poruszali się jeden za drugim rolnicy wywodzący się gdzieś z terenów Kurpiowszczyzny, Mazurzy z dziada i pradziada, którzy urodzili się i wyrośli tej małej wiosce oraz ojciec - wygnaniec z Kresów Wschodnich. Wszyscy tak samo wyorywali równe bruzdy, przygotowując glebę pod wiosenne siewy. &lt;br /&gt;Jeszcze nie zdążyło rozpocząć się lato na dobre, jak wymieniliśmy zgniłe deski w podłodze, ale „ruskiego” pieca nie wybudowaliśmy. Mama nauczyła się gotować na nowej kuchence, a i sposób zagospodarowania poszczególnych pokoi zmieniliśmy na bardziej dogodny. Kupiliśmy też parnik do gotowania ziemniaków dla naszych świnek, wyprowadzając tę uciążliwą czynność na podwórko. Warunki zamieszkiwania wyraźnie zmieniały się na bardziej przyjazne.&lt;br /&gt;Minęła zima i wiosna, rozpoczęło się lato, podczas którego można z łatwością obejść się bez oświetlenia sztucznego. Właśnie o tej porze wzdłuż drogi do wsi i na naszej krótkiej ulicy stanęły drewniane słupy, na których prawie natychmiast zawisły przewody elektryczne. Podczas tych długich dni wypadało zaczekać, aż słońce skryje się za lasem, a do mieszkania zawita mrok, by pstryknięciem przełącznika oświetlić naszą kuchnię i pokoje. Technika i współczesność dotarła wreszcie i do nas. &lt;br /&gt; Zaangażowanie i radość promieniująca od rodziców podczas pierwszych wiosennych prac w polu, kiedy nadszedł czas składania do gleby ziaren zbóż i nasion warzyw, w większym lub mniejszym stopniu docierały do mnie i braci. Widocznie godziny spędzone na kołchozowym polu nie miały żadnego wpływu na odwieczne nawyki rodziców, a moja psychika nie uległa nadmiernym zmianom, bo w kołchozie pracowałem krótko, razem ze swoją szkołą. Jeśli nastąpiło jakieś wykoślawienie, to widocznie nie było zbyt wielkie i pozbyłem się go bez żadnego wysiłku. &lt;br /&gt;Młodsi bracia nie zdążyli pracować w kołchozie, więc nie mieli żadnych naleciałości radzieckiego sposobu na udawaną pracę. Na swoim polu nawet przez myśl nie przeszło, że można coś zmarnować. Chyba najbardziej uroczyste były pierwsze żniwa. Pracowaliśmy całą rodziną. Razem z ojcem kosiłem, a bracia i mama „podbierali” nasze żyto i wiązali w snopki. Czasami któryś sąsiad podchodził do nas. Chwilę stał, rozmawiał, przyglądał się jak pracujemy. Widocznie pragnął zobaczyć czy potrafimy być prawdziwymi rolnikami. Jak bardzo widoczna była wtedy radość rodziców, którzy po kilkuletniej przerwie ponownie pracowali na swoim. W jakich warunkach byśmy mieszkali i na co bylibyśmy narażeni, gdyby zostali na Wschodzie? O tym nie rozmawialiśmy, nawet nie próbowaliśmy tego zgadywać. &lt;br /&gt; W pamięci pozostało też któreś kolejne upalne lato, kiedy zachęciliśmy ojca, żeby pojechał do Gdańska ze swoim bratem, który w tym czasie odwiedził nas. Ojciec długo nie chciał zgodzić się na tę wycieczkę. Nie wyobrażał sobie, że może znaleźć się poza domem w trakcie żniw. Udało się jednak przekonać argumentami, że będziemy pracowali bardzo starannie i może zaufać nam w pełni.&lt;br /&gt; Na ostatnim łanie żyta, bezpośrednio pod ścianą lasu, gdzie nie docierał żaden powiew wiatru, a słońce grzało jak w Afryce, pracowaliśmy całą czwórką z największą zawziętością. Pot spływał strumieniami. Nie wiem, czy bardziej było męczące koszenie, czy przemierzanie pola z rękoma przy ziemi i nisko pochyloną głową podczas „podbierania” zboża. Byliśmy dumni z siebie, chyba nie mniej niż mama, która czekała na nasz powrót z pola, gotując obiad. Ojciec po powrocie z Gdańska wyraźnie się cieszył. Wtedy chyba wyjątkowo mocno poczuliśmy, że nasze jest zarówno zboże jak i pole, na którym urosło, że tu jest nasz dom. Ile lat mieli wtedy dwaj najmłodsi bracia?.. Na pewno już ponad dziesięć...&lt;br /&gt; W międzyczasie skończyła się moja praktyka - staż na PKP i zostałem zatrudniony na stanowisku magazyniera handlowego. Do moich obowiązków należało, mówiąc w skrócie, przyjmowanie od nadawców tj. firm państwowych i Gminnej Spółdzielni - chyba jedynej jednostki spółdzielczej, przesyłek wagonowych i przekazywanie odbiorcom podobnych, z najróżniejszymi artykułami spożywczymi i przemysłowymi, które nadchodziły z całego kraju. W tamtych latach przewóz towarów na większe odległości odbywał się za pośrednictwem PKP, a rola transportu samochodowego ograniczała się głównie do przewożenia ładunku z wagonów do magazynów i odwrotnie.&lt;br /&gt; Starzy magazynierzy informowali, już w okresie szkolenia, że obowiązki nie są nadmiernie skomplikowane, ale prawie codziennie pracownicy tego działu świadomie naruszają przepisy, narażając się nie tylko na ewentualne kary dyscyplinarne. Dość często, szczególnie pod koniec dnia, występowało spiętrzenie zadań. W tym samym czasie należało sprawdzić stan ładunku w poszczególnych wagonach, czasami ilość worków lub skrzyń, a jednocześnie wykonać pracę biurową, tj. przygotować dokumenty przewozowe, bez których żaden wagon nie mógł odjechać ze stacji. Przestój wagonu na stacji był nie do pomyślenia. Groziła za to wysoka kara. Z tego powodu, dość często sporządzenie dokumentów odbywało się kosztem dokładnego sprawdzenia stanu i ilości ładunku w wagonie. W takiej sytuacji należało wierzyć w prawdziwość oświadczenia przedstawiciela nadawcy. Starsi stażem pracownicy pouczali, że znanym i uczciwym osobom można zaufać. &lt;br /&gt; Początkowo takie informacje traktowałem jako dowód na brak operatywności ze strony niektórych pracowników, ale już po pierwszych samodzielnych dyżurach przekonałem się, że nie jeden raz będę zmuszony zaufać osobie, której nie znam. W przygotowaniu dokumentów przewozowych zastąpić mnie nikt nie mógł, a uczciwemu przedstawicielowi nadawcy mogłem uwierzyć i potwierdzić, że stan jest zgodny z załączoną fakturą, a potem zaplombować wagon. &lt;br /&gt;Takie warunki prowokowały niektórych nadawców i odbiorców do nadużyć, które występowały na każdej stacji w większym lub mniejszym stopniu, a najczęściej miały miejsce podczas przewozu artykułów monopolowych, innych łatwo tłukących się i narażonych na uszkodzenie podczas transportu. Rodziły się problemy z ilością lub wagą towaru. &lt;br /&gt;Wyjątkowe były przypadki, kiedy na stacji docelowej nie było zbitych butelek wódki lub wina. Rzadziej uszkodzeniu ulegały butelki z olejem, a wyjątkowo z octem. Pamiętam, jak starszy kolega jeszcze na etapie, kiedy byłem „na praktyce” pouczał, że im mniej jest faktycznie potłuczonych butelek, talerzy itp., to tym więcej można skorzystać, bo w protokóle o ilości „stłuczek” nie można zaniżać danych w porównaniu do przeciętnej z okresu minionego. &lt;br /&gt; O tym problemie opowiadałem w domu i słyszałem dość stanowcze ostrzeżenie rodziców, a szczególnie ojca, że wcześniej czy później takie okradanie Kolei i Państwa doprowadzi do więzienia. Uzupełniał wypowiedź, że to nie jest kołchoz, gdzie nie było innego wyjścia i czasami należało podejmować ryzyko ratując się przed głodem. Wykonując swoje obowiązki również musiałem sporządzać protokoły o uszkodzeniach i braku towaru, stwierdzonych podczas rozładunku wagonów. Czasami taki dokument powstawał jedynie na podstawie informacji przedstawiciela odbiorcy. Wiedziałem, że dane przeważnie są zawyżone, ale nie przekraczają „średniej”, którą zwierzchnicy również akceptują bez większych podejrzeń. Nie zawsze, ale czasami, tak jak koledzy z większym stażem, musiałem wierzyć, że przedstawiciel nadawcy albo odbiorcy mówi prawdę. &lt;br /&gt;Kontrolerzy dochodzeniowi dość często przesłuchiwali pracowników naszego działu, próbując uzyskać przyznanie się do niedokładności lub do wykonywania czynności z naruszeniem obowiązujących przepisów, na etapie za lub wyładunku towarów. Oczywiście nikt nie mógł przyznać się do tego, w jaki sposób faktycznie wspomniane czynności są wykonywane. Każdy pracownik twierdził, że osobiście wszystko dokładnie przeważył albo przeliczył i wszystko odbyło się zgodnie z obowiązującymi przepisami. Oczywiście, takie sytuacje też miały miejsce. W niektórych okresach, przy mniejszym nasileniu przewozów mogły być nawet regułą. Jeśli przesłuchanie miało miejsce po upływie kilku tygodni, albo miesięcy od momentu, w którym wydarzenie miało miejsce, to magazynier czasami sam nie wiedział, jaki przebieg miał załadunek lub rozładunek tego konkretnego wagonu. Podobnie było chyba na całej sieci PKP. Najczęściej sprawca braków pozostawał nieznany, a Kolej płaciła odszkodowania. Ale czasami docierały do nas informacje, że na którejś stacji wykryto zorganizowaną grupę, zajmującą się kradzieżami z wagonów na większą skalę. &lt;br /&gt;Nie byłem z tego wszystkiego zbytnio szczęśliwy i chyba z ulgą przyjąłem wezwanie na Komisję poborową. Było to we wrześniu 1960 roku. Na wezwanie stawiłem się jeśli nie z entuzjazmem, to na pewno bez żadnych oporów, bo nie czekała na mnie służba w Armii Radzieckiej, a w Ludowym Wojsku Polskim. Wiedziałem, że również z drugiego końca kraju do domu nie będzie daleko. Badanie lekarskie wykazały, że mam kategorię zdrowia „A”, że na nic nie skarżę się i nie ubiegam się o żadne odroczenie. Minęło jeszcze kilka tygodni i otrzymałem wezwanie do zgłoszenia się do jednostki wojskowej, w Oświęcimiu. Miałem służyć w dywizji powietrzno-desantowej. Zmartwiło to rodziców, ale nie podzielałem ich niepokoju, bo nie jeden raz słyszałem jak państwo troszczy się o wszystkich swoich obywateli, a wojsko otacza szczególną opieką i mimo dość forsownych ćwiczeń, żadnego żołnierza nie spotkała krzywda. Ponadto dość często słyszałem w radiu i czytałem w gazetach, że obóz państw socjalistycznych nikomu nie zagraża, ale jednocześnie jest na tyle silny, że nikt nie odważy się rozpocząć nowej wojny. Byłem przekonany, że cały okres służby będzie jedynie męską przygodą i minie w warunkach pokoju.&lt;br /&gt;Wiedziałem, że służba wojskowa trwa tylko dwa lata i po jej zakończeniu zdrowy i cały wrócę do domu. Zostałem skierowany do jednostki wojskowej, w której podobno stawiano żołnierzom najwyższe wymagania, ale nie czułem najmniejszych obaw. Wiedziałem, że fizycznie jestem przygotowany do znacznego wysiłku, a jeszcze bardziej wierzyłem w swoją wytrzymałość pod względem psychicznym. &lt;br /&gt;Realia, z którymi zetknąłem się w koszarach nie spowodowały zmiany poglądów na ten temat, chociaż nie było lekko. Nawet warunki zakwaterowania nie mogły być zaliczone do łatwych, bo w jednej sali spało ponad czterdziestu żołnierzy, a między łóżkami ustawionymi piętrowo odległość wynosiła około pół metra. Musiało tam się zmieścić czterech żołnierzy, na czas się ubrać i dokładnie pościelić łóżka. &lt;br /&gt;Tak się złożyło, że moje było tuż obok drzwi wejściowych i już w pierwszych dniach służby w pewnym momencie musiałem głośno zameldować kapralowi, czym się zajmują żołnierze w danym momencie. Obowiązek ten spadł na mnie, bo spostrzegłem kaprala jako pierwszy. Nieoczekiwanie wszedł na salę i stanął obok. Wrzasnąłem obowiązkowe: „Baczność!” Żołnierze momentalnie wskoczyli na nogi i przybrali pokorną postawę, z rękoma opuszczonymi na dół, potwierdzając, że są gotowi wykonać kolejny rozkaz, zgodnie z regulaminem. Ale kiedy tak samo głośno zacząłem kontynuować składanie dalszego meldunku, rozpoczynającego się od słów: „... Obywatelu, kapralu...” , - cała sala ryknęła śmiechem. &lt;br /&gt;Meldunku nie skończyłem. Kapral uśmiechnął się. Powiedział, żebym dał: „Spocznij!” a potem zaczął wypytywać kiedy przyjechałem do Polski, jak się tu czuję, jak się mieszkało u sąsiadów... Nie zapytałem się jednak, w jaki sposób, na podstawie dwóch słów, potrafił poznać, że przyjechałem ze Związku Radzieckiego.&lt;br /&gt;Oczywiście na ten temat już w pierwszych godzinach tak zwanego czasu wolnego najwięcej chcieli wiedzieć koledzy z plutonu, a szczególnie z drużyny. Większość z nich pochodziło z różnych rejonów Polski. Jednak tylko na początku zadali kilka pytań na temat Związku Radzieckiego. Bardziej ich interesowały Mazury - nieznana kraina jezior i lasów. Nasza jednostka przyjeżdżała na te tereny w okresie letnim i nie było tajemnicą, że najdłużej będziemy na lotnisku w Szymanach, niedaleko Szczytna. Im bliżej był czas wyjazdu, tym więcej kolegów przypominało, że pojedziemy na moje Mazury i do mego Szczytna. Kiedy przez całą Polskę jechałem do domu na kilkudniowy urlop z Bielska - Białej, bo w tym mieście przebiegała moja służba, to nie była to podróż gdzieś na jakąś bliżej nieokreśloną północ, ale na Mazury i do mego Szczytna.&lt;br /&gt;W wojsku miałem dwóch kolegów „zza Bugu”. Z jednym znałem się tylko w ciągu trzech miesięcy, na kursie kierowców w Krakowie. Jego również można było łatwo poznać po pierwszych wypowiedziach, bo jeszcze bardziej niż ja „zaciągał” i mówił ze wschodnim akcentem. Z drugim znałem się dłużej, chociaż był ze starszego rocznika. Spotkałem się z nim w Bielsku - Białej, kiedy trafiłem do kompanii samochodowej. &lt;br /&gt;Wyższy ode mnie, chyba silniejszy, służył drugi rok. Zawsze pocieszał, że służba minie bez żadnych problemów, że nie ma powodów do obaw również podczas skoków, bo przecież nie jeden raz już skakał i nic się nie stało. Czułem promieniującą od niego siłę, pewność i nieprzemijający optymizm, który nie opuszczał go nawet wtedy, kiedy z powodu wydarzeń na Kubie wydano nam amunicję, kiedy w pośpiechu układaliśmy spadochrony do skoku, a na noc nie pozwolono zdjąć mundurów. (To nie był ten moment, kiedy radzieckie okręty płynęły w kierunku wyspy, a amerykańskie ogłosiły blokadę. Wydarzenia miały miejsce wcześniej w związku z nieudaną inwazją w „Zatoce Świń). Wtedy też Józef K. próbował pocieszać i wyrażał nadzieję, że wojny być może nie będzie. &lt;br /&gt;Z dumą powtarzał, że urodził na Kresach Wschodnich, ale teraz jego dom jest na Warmii i Mazurach. Szczęśliwy, po zakończeniu służby odchodził do cywila. Mieszkał chyba w pobliżu Morąga. Jakież było moje zdziwienie i zaskoczenie, kiedy po powrocie z wojska, przeczytałem w „Gazecie Olsztyńskiej”, że młody mieszkaniec wsi... Józef K . wiózł wozem konnym ziemniaki z pola, spadł pod koła i w wyniku odniesionych obrażeń zmarł.&lt;br /&gt; Praca na PKP, a następnie służba wojskowa, czyli obcowanie z coraz innymi osobami, wszystko razem spowodowało, że poziom władania językiem polskim znacznie się podniósł. Poważnie przyczyniło się do tego i to, że w domu znalazły się książki szkolne młodszych braci. Brałem je i czytałem wybiórczo, ale bardzo dużo. Ponadto, do naszej małej wioski w ciągu kilku lat, chyba raz w tygodniu, przyjeżdżał mikrobus jako filia biblioteki miejskiej. Wystarczyło w ustalonym dniu wyjść z domu na wiejską ulicę, żeby wypożyczyć książkę. Jedną z pierwszych, którą przeczytałem, była „Stara baśń” J. Kraszewskiego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-3646390617572230541?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/3646390617572230541/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=3646390617572230541' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/3646390617572230541'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/3646390617572230541'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/02/ruskiego-pieca-nie-wybudowalimy.html' title='„Ruskiego” pieca nie wybudowaliśmy'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-6124429412398611505</id><published>2007-02-01T09:34:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T15:36:08.324+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 1'/><title type='text'>Sosnowe lasy jak nad Niemnem</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027692656073492274"&gt;&lt;img src="http://lh4.google.com/image/zeecen/RcXz1TUZxzI/AAAAAAAAATA/DktUXS6t8Ds/s288/Gi%C5%BCycko_8.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie w poszukiwaniu drewnianych domów, ani krętych brzegów Niemna siadałem w wolnych chwilach na radziecki rower z błyszczącymi w słońcu niklowanymi felgami i błotnikami, a następnie jakąś nie znaną drogą jechałem obejrzeć kolejne tereny wokół nowego miejsca zamieszkania. Dość szybko spostrzegłem, że Polska jest zdecydowanie innym krajem, ale jedynie w zakresie obowiązujących reguł i warunków życia mieszkańców. Przyroda była podobna. Zamieszkaliśmy na obszarze gdzie prócz pól, usianych tak samo kamieniami, rozciągały się gęste, sosnowe lasy jak nad dalekim Niemnem. Mnogość i różnorodność jezior, których tam nie było wcale, zachęcało do kolejnych wypraw, pobudzało wyobraźnię. Jeziora stanowiły największą atrakcję terenu, zajmowały tak wielkie obszary, że bezpośrednio w terenie mogłem poznać tylko nieliczne. O istnieniu pozostałych wiedziałem jedynie na podstawie mapy. &lt;br /&gt;O tym, że zamieszkaliśmy w pięknym rejonie rozmawialiśmy w domu nie jeden raz. Nie mieliśmy wątpliwości, że kraina ta nazywa się Warmia i Mazury, ale jeszcze nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie zaczyna się Warmia, a gdzie się kończą Mazury, chociaż już byliśmy pewni, że w żadnym innym rejonie Polski nie czulibyśmy się tak dobrze jak tu. &lt;br /&gt; Przyjazna atmosfera panowała również w gronie rówieśników, ale czasami czułem się wśród nich, jeśli nie jak ktoś obcy, to mimo wszystko inny. Wyrośli oni w warunkach braku jakichkolwiek kontaktów z mieszkańcami spoza wschodniej granicy. Nie mieli aktualnych informacji o tamtych realiach, a ograniczenia stworzone przez istniejący system, faktycznie wymuszały czasami odmienne zachowanie się w życiu codziennym. Były one przeważnie zwielokrotniane i przeinaczane, podczas przekazywania z ust do ust. Dość często krążyły w formie niezliczonej ilości żartów. &lt;br /&gt;Wszystko powodowało taki brak wiedzy o sąsiadach rozmawiających innym językiem, że niektórym osobom wydawało się, iż za wschodnią granicą nawet niemowlaki wierzą w komunizm, a ludzie oddychają w rytmie wyznaczonym przez Partię. W pewnym momencie jeden z rozmówców chciał się dowiedzieć, czy zezwala się tam dziewczynom na wkładanie kolorowych bluzek. Być może mocno się myliłem i tylko wmówiłem coś sobie, ale czasami odnosiłem wrażenie, że ktoś na mnie patrzy i zastanawia się, czy za chwilę nie zacznę modlić się do Stalina. &lt;br /&gt;  W naszej małej wiosce było też kilku chłopców w moim wieku. Nie czułem się więc tak bardzo osamotniony jak w pierwszych tygodniach po przyjeździe, chociaż do męskiego towarzystwa zbytnio nie tęskniłem. Myśli zaprzątały dziewczęce... kobiece kształty, ale tak się składało, że te z którymi spotykałem się w różnych okolicznościach, dość daleko odbiegały od ideału istniejącego już w moim umyśle. Kilka miesięcy spędzonych z Emmą zostawiło głęboki ślad, chociaż nawet w chwili rozstania z nią nie zdawałem sobie z tego sprawy. Uroda i sposób bycia tamtej dziewczyny stały się wzorcem, który śnił się po nocach. Przecież będąc z nią czułem się z jednej strony wolnym, ale jednocześnie to ona powodowała, iż starałem się podobać właśnie jej, a nie żadnej innej. Odruch rodził się gdzieś w podświadomości, bez żadnego zamiaru, ale przeradzał się w tak wielką przyjemność, że nawet przez moment nie powstała myśl by go zwalczać. W jej towarzystwie nigdy nie poczułem się zmęczony albo znudzony, nie powstał między nami najmniejszy konflikt, chociaż często mieliśmy różne poglądy. &lt;br /&gt;Nie żyłem w świecie iluzji i wiedziałem, że do tamtej dziewczyny powrotu nie ma, że inna też może być tak samo wspaniała, ale nie stwarzałem sam sobie zbyt wielkich szans by zmienić coś w tym zakresie. Zbyt mocno ciążył kompleks akcentu świadczącego o „wschodnim” pochodzeniu. Zbyt często podczas rozmów miałem uczucie, że jestem „okazem” z dziwnego kraju.&lt;br /&gt;Tylko jeden raz ujrzałem dziewczynę tak bardzo podobną do Emmy, że przez chwilę zastanawiałem się, czy to nie ona. Niestety, ale było to tylko zdjęcie za szklaną szybą witryny, w kinie dworcowym, w Olsztynie. Ponownie odżyły wspomnienia o tej, która spodobała się od chwili, kiedy po raz pierwszy znalazła się w zasięgu wzroku, z którą rozumiałem się bez słów, przy której mogłem mówić swobodnie o sprawach poważnych i błahych, obok której mogłem być blisko, choć pogrążony we własnych myślach. &lt;br /&gt;Jej zgrabna figura ponownie stanęła przed oczami i spowodowała, że dość długo piękna innych dziewczyn nie potrafiłem zauważyć. Po jakimś czasie zdjęcie na wystawie zostało zamienione. Nie miało już sensu wchodzić do holu kina. Nadal ciążyła samotność, chociaż wiedziałem, że nie mogę budować bliskich uczuć z żadną osobą, w oparciu o wizerunek kogoś innego. Nie mniej podświadomie rozglądałem się za dziewczyną wysoką, z dumnym spojrzeniem, długimi włosami. &lt;br /&gt;Całkiem niespodziewanie taką ujrzałem i to w swoim Szczytnie. Byłem zaskoczony, zdziwiony i szczęśliwy. Bez żadnej zwłoki nawiązałem kontakt i w ciągu kilku minut umówiłem się na pierwszą randkę. Zgodziła się, żebym odprowadził ją do domu, kiedy zakończy pracę. Nie mogłem doczekać się wyznaczonej godziny. Przed oczyma ciągle stała jej wysoka, smukła, ale jakże kobieca sylwetka, piękne oczy i gruby warkocz. Byłem oczarowany i szczęśliwy. To nie było żadne zdjęcie, to nie były wspomnienia. Dziewczyna istniała. Uśmiechała się i bez żadnego sprzeciwu powiedziała, żebym czekał.&lt;br /&gt;Radość spotkania trwała wyjątkowo krótko. Już na samym początku usłyszałem, że jest mężatką, że spóźniłem się o dwa miesiące... Jak mogłem ujrzeć ją wcześniej?! W tym czasie znajdowałem się na drugim końcu Polski, w wojsku. Nasz wspólny spacer trwał najwyżej kilkadziesiąt minut. Usłyszałem, że jest to nasze spotkanie pierwsze i zarazem ostatnie. Zdawałem sobie sprawę, że okropnej rzeczywistości nie da się odmienić. Widocznie przed czasem zbyt dokładnie wyobraziłem sobie jak przyprowadzę ją do domu i powiem rodzicom, że znalazłem tą, z która zostanę na zawsze. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem też praktykę wśród drużyn konduktorskich, prowadzących pociągi towarowe i pasażerskie. Zdarzało się, że nasza trasa przekraczała starą granicę Polski z przedwojennymi Prusami Wschodnimi. Może nie za każdym razem, ale kilkakrotnie i ponownie jakiś inny konduktor pokazywał mi miejsce, gdzie kończyły się Prusy, a zaczynała się Polska. W tym czasie nie istniały najmniejsze ślady granicy z tamtych lat. Trudno było uświadomić sobie, że przez monotonnie ciągnące się pola lub lasy mogła przebiegać granica między dwoma państwami. Podział wydawał się sztuczny i dziwny. Byłem pod wrażeniem tak niedawno przekroczonej granicy między Związkiem Radzieckim a Polską, w Brześciu. Tam wszystko wyglądało jednoznacznie, chociaż szczegóły ginęły pod śniegiem. Nie było wątpliwości, że po tamtej stronie rzeki znajduje się jedno państwo, a po tej drugie - jakże odmienne. Tutaj nie dało się zauważyć żadnego, rzucającego się w oczy naturalnego rozgraniczenia, tutaj ciągle był ten sam kraj, cały czas -  Polska.&lt;br /&gt;Nasz pociąg toczył się po terenie Polski, zmieniał się tylko region, bo jechaliśmy z terenu naszych Mazur na Kurpiowszczyznę, albo odwrotnie, ale o tym ktoś musiał powiedzieć. Takie wypowiedzi padały z ust konduktorów, a ponieważ byłem członkiem zespołu, więc identyfikowałem się z nimi, bez sprzeciwu przyjmowałem myśli, że z terenu sąsiadów wracam do domu. Konduktorzy tamtych pociągów w znacznym stopniu przyczynili się do utrwalenia w mojej świadomości przekonania, iż Mazury stają się moją drugą ojczyzną i że tak już zostanie na zawsze.&lt;br /&gt; Krótkie rozmowy na ten temat miały miejsce w przedziale służbowym, do którego wracaliśmy po zakończeniu kontroli biletów. Potem konduktor wtulał się w oparcie i oświadczał, że teraz chwilę podrzemie, bo jeśli się pracuje na zmiany przez całą dobę, to powinno się wykorzystywać każdą wolną chwilę na sen. Usadawiałem się podobnie w drugim kącie przedziału, zamykałem oczy i myślami zaczynałem krążyć wokół takich pojęć jak „ojczyzna”, „dom rodzinny” i tego wszystkiego, co dla każdego jest najbliższe. Wsłuchiwałem się w monotonny, usypiający stukot kół na stykach szyn, myślami wędrowałem do opuszczonej wsi rodzinnej, tamtych lasów i łąk nad Niemnem, ale już nie marzyłem o powrocie. Została tam tylko mała wieś przekształcona w kołchoz z kilkoma albo kilkunastoma starszymi kołchoźnikami i jeszcze mniejszą grupką wiejskich kolegów, z którymi omówiono zostało już wszystko, pozostał tylko nie wypity alkohol. &lt;br /&gt; Wspominając tamten kraj, tylko czasami przypominałem twarze dawnych wiejskich kolegów i rówieśników, z którymi chodziłem do szkoły, ale w każdej chwili mogłem wyobrazić porośniętą krzakami wierzb dolinę nad Niemnem, ograniczoną pasmem wzgórz po drugiej stronie. Bez trudu odtwarzałem widok miasta za rozległą równiną, panoramą lasów, które otaczały wieś. Przychodziło to bardzo łatwo. Umiałem wyobrazić wszystko z dowolnego punktu, w którym kiedyś się znajdowałem. Jeśli myślałem żeby odwiedzić „swoje strony”, to wyobraźnia kierowała się tylko do tamtego skrawka ziemi.&lt;br /&gt;Chyba dopiero teraz, na etapie spisywania wspomnień zrozumiałem, na czym polega tajemnica tak trwałego zapamiętania krajobrazów z lat młodości. Wpłynął na to na pewno niepowtarzalny urok rodzinnego zakątka Kresów, ale jednak tak małego, że dało się go obejść w ciągu jednego dnia, albo wyobrazić z lotu ptaka. Ciągle te same widoki utrwalały się w pamięci bez żadnego wysiłku, bo były oglądane ponownie i ponownie podczas niekończących się pieszych wędrówek, a więc z poziomu i w tempie zapewniającym najdokładniejsze poznanie. Na tamtych piaszczystych i trawiastych ścieżkach wzrok wyłapywał najdrobniejsze szczegóły, zostawiał w umyśle nie ulotny ślad, a głęboką i trwałą bruzdę. &lt;br /&gt;Z tego powodu znacznie łatwiej mogłem odtworzyć w pamięci fragmenty okolic rodzinnej wsi, niż rozległych terenów wokół Szczytna. Zbyt dużo znajdywałem tu takich miejsc, które pragnąłem ujrzeć. Wybierałem wciąż nowe punkty i trasy, głównie przy pomocy mapy, i uskuteczniałem wojaże na swoim rowerze. &lt;br /&gt;Oglądałem obszary znacznie większe od tamtych nad Niemnem, ale widziałem je znacznie krócej, czasami nie więcej niż raz, bo przecież ciągle zostawały miejsca, do których nie zdążyłem dotrzeć. Wzrok ściągały ogromne błękitne plamy zespołu Wielkich Jezior Mazurskich i inne, rozrzucone wśród pól i zielonych lasów. Ta kraina zapewniała niekończące się trasy na wyprawy rowerowe, kajakowe i pod żaglami. Ta kraina mogła nie tylko podobać się, ta kraina potrafiła zawładnąć i zatrzymać na stałe. Chociaż mieszkam tu sporo lat, to do dnia dzisiejszego nie zdążyłem zrealizować wielu marzeń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Naśladując konduktora, usadawiałem się wygodnie w rogu przedziału i tak jak on zamykałem oczy. Jednostajne dudnienie kół na stykach szyn oraz lekkie kołysanie się wagonu działały uspokajająco i usypiająco. W momencie, kiedy świadomość jeszcze nie zdążyła daleko odpłynąć, ale myśli zaczynały już krążyć i plątać się chaotycznie, kolejarz z wieloletnim stażem nieoczekiwanie przywracał do rzeczywistości, bo energicznie poruszał się i głośno oświadczał, że już się wyspał. Po chwili wiedziałem, za ile minut będzie kolejny przystanek. Potem konduktor wstawał i szliśmy razem w stronę drzwi wyjściowych. Na moje pytanie, jak mógł określić tak dokładnie czas podczas snu, z uśmiechem odpowiadał, że to efekt wieloletniego treningu. Czasami któryś konduktor przypomniał ile będzie jeszcze przystanków i o której godzinie zajedziemy do domu. &lt;br /&gt;W tym samym czasie, kiedy poznawałem zasady funkcjonowania kolei, ojciec załatwiał sprawy związane z przejęciem gospodarstwa na własność. Władze gminne dokonały wyceny, ustaliły wysokość i terminy spłaty należności, a rodzice nadal kontaktowali się z kolejnymi rodzinami, które mieszkały przed wojną w Stołpcach lub gdzieś w pobliżu, a po zakończeniu wojny znalazły się na ziemi szczycieńskiej, w ramach pierwszej repatriacji w 1945 roku. Nasza mama również spotkała kilka koleżanek. Z jedną, panią Lipską, która mieszkała na Bartnej Stronie, tj. ulicy prowadzącej ze Szczytna do naszego Szczycionka spotykała się najczęściej, zachodziła do niej chyba za każdym razem w drodze do miasta lub wracając do domu.&lt;br /&gt; Relacje z takich spotkań, z rozmów dawnych kolegów i koleżanek były zawsze podobne. Na początku, kiedy padały słowa, że któryś rodzic spotkał się z kimś znajomym z „naszych stron”, to zauważało się nieukrywaną radość z tego, że w pobliżu mieszka ktoś, z kim można być szczerym do końca, kto czuje i myśli, jeśli nie tak samo, to bardzo podobnie. Potem musiała się pojawić nutka goryczy, z powodu opuszczenia kraju ojczystego, ale na zakończenie najczęściej padała podsumowanie mniej więcej takie: „...Powspominaliśmy trochę tamte czasy, swoją młodość i nasze Stołpce, ale musimy przyzwyczajać się do nowego. Tu teraz mieszkamy i tu zostaniemy. W tamte strony już nie wrócimy...”&lt;br /&gt;Spotkania z osobami „z naszych stron” były miłe dla rodziców, ale z mieszkańcami wsi żyliśmy w wielkiej zgodzie. Z ich strony, występowały cały czas chęci udzielenia nam jakiejś pomocy, wsparcia. Rodzice niejednokrotnie wspominali o życzliwych i uczynnych sąsiadach mieszkających w tamtej małej wiosce, a jakże często wymieniali takie nazwiska jak: Lompert, Iwanowicz, Łępicki, Depta, Linkiewicz, Orzołek. Oni też w różnych terminach przyjechali do wsi, po zakończeniu wojny, w poszukiwaniu czegoś lepszego, zostawiając swoje poprzednie miejsce zamieszkania. Powodem przyjazdu na nowe tereny w każdym przypadku było coś innego, ale po każdym kolejnym okresie siewu i zbierania plonów wszyscy zrastali się mocniej z ziemią, którą uprawiali. Mieli nad nami przewagę w postaci większej ilości miesięcy i lat zamieszkiwania w tej małej wiosce, nad cichym jeziorkiem. Podczas letniej ciszy tak cudownie odbijały się w nim nie tylko sosny z sąsiedniego lasu, ale i miły dla oka rządek murowanych domków z czerwonej cegły. &lt;br /&gt;We wsi mieszkały jeszcze trzy rodziny mazurskie, dla których był to kraj naprawdę ojczysty. Z nimi stosunki również układały się tak samo dobrze. Nie wiem, co myśleli naprawdę, ale bez zewnętrznego sprzeciwu godzili się na zmianę granic, w wyniku wojny rozpętanej przez Hitlera. Chyba próbowali dostosować się do nowej rzeczywistości, chociaż wspominali, że mają rodziny w NRF.  Na temat NRD nic nie mówili, tylko się uśmiechali. Od nich dowiedzieliśmy się, że pozostali przedwojenni mieszkańcy wsi wyjechali tuż po wojnie w obawie przed nową rzeczywistością, która niosła Armia Czerwona. Widocznie strach przed nową rzeczywistością był znacznie większy, niż nadzieja, że doczekają się tu odczuwalnych zmian na lepsze, bo wyjechali również, kiedy powstała taka możliwość. &lt;br /&gt; Być może tereny ojczyste, to nie tylko miejsca, gdzie żyjemy, ale to ta ziemia, gdzie są mogiły przodków. Groby naszych przodków zostały daleko nad Niemnem, ale już w następnym roku po przyjeździe, podczas styczniowego mrozu, powstała w Szczytnie pierwsza mogiła, do której złożyliśmy trumnę z prochami babci. Śmierć obdarza skrawkiem terenu na zawsze. Mogiła wiążą z ziemią na trwałe. Być może każdy z naszej rodziny odczuł to w chwili tamtego pogrzebu. Upłynęły kolejne lata, lepsze i gorsze, aż w dniu, kiedy musieliśmy pochować naszą mamę, ojciec stanął obok świeżej mogiły, podeptał ziemię nogami w miejscu, a potem zapytał się, a być może tylko głośno stwierdził: „...więc tu obok chyba i mnie pochowacie? Tutaj na zawsze zostanę...” Tak się stało. Pozostał w tamtym miejscu na zawsze.&lt;br /&gt;Jednak zanim do tego doszło, zanim mijające lata pozbawiły ojca siły, było jeszcze wiele lat pracy na swojej ziemi, jak w dawnych latach przed nastaniem kołchozów. Może na moment cofnę się do tamtej pamiętnej pierwszej wiosny po repatriacji, kiedy należało rozpocząć prace polowe. Wtedy życzliwość i pomóc sąsiadów chyba najbardziej zaskoczyła najpierw ojca, a później nas wszystkich. Śniegu już nie było. Ziemia odmarzła. Wystarczyło żeby w ciągu kilku dni pogrzało słońce i można było rozpocząć prace w polu. Ojciec twierdził, że będą z tym problemy, bo „ziemia leżała odłogiem i jednym koniem będzie ciężko zaorać kilka hektarów”.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-6124429412398611505?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/6124429412398611505/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=6124429412398611505' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/6124429412398611505'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/6124429412398611505'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/02/sosnowe-lasy-jak-nad-niemnem.html' title='Sosnowe lasy jak nad Niemnem'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-191429202573778308</id><published>2007-01-14T18:05:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T18:06:22.948+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 2'/><title type='text'>Dobro zakładu i kraju</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027691754130360002"&gt;&lt;img src="http://lh6.google.com/image/zeecen/RcXzAzUZxsI/AAAAAAAAASI/xyfmoqH920c/s288/Gi%C5%BCycko_1.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas mijał szybko. Już jedynie we wspomnieniach, którymi kierować było łatwo, ale za granicą państwa, do którego wjazd, nawet na krótką wycieczkę, był praktycznie niemożliwy, został ukochany Niemen i nadal niósł tam swe wody, srebrzące się jak zawsze w promieniach letniego słońca. Dwa lata służby wojskowej zostały też jedynie wspomnieniem. Miałem teraz przed sobą następny etap życiorysu, który wydał się nieskończenie długi, bo do wieku emerytalnego miałem przecież kilkadziesiąt lat. Nawet w przybliżeniu nie potrafiłem wyobrazić jak ukształtuje się moja przyszłość, ale byłem pełen optymizmu i bezgranicznie wierzyłem, że nasze Państwo daje pełną gwarancję, iż zarówno bliższe jak i dalsze lata będą bezpieczne i coraz bardziej dostatnie.&lt;br /&gt;O tym, że żyjemy w państwie bezpiecznym słyszałem wielokrotnie w trakcie obowiązkowych godzin szkolenia politycznego w wojsku, a także wiedziałem na podstawie informacji powtarzanych bez końca w różnych audycjach, w radiu i telewizji. Jeszcze dokładniej można było przeczytać o wszystkim w dowolnej gazecie. Kto chciał, ten wiedział, że na straży pokoju i niepodległości naszego państwa stoi własna, doskonale wyszkolona armia, a prócz tego cały potężny system państw Układu Warszawskiego. &lt;br /&gt;Natomiast o tym, że będzie nam z każdym rokiem lepiej, można było się dowiedzieć nawet z ust najwyższego przywódcy, który osobiście przemawiał do narodu podczas największych uroczystości państwowych, a szczególnie tak ważnych dla Kraju rocznic, jak Święto Odrodzenie 22 lipca. Ze statystyk wynikało również niezbicie, że z każdym rokiem wydobywamy więcej węgla, produkujemy więcej stali, wytwarzamy więcej wagonów, statków, lokomotyw, rosną urodzaje na polach, zwiększa się pogłowie w chłopskich zagrodach i wielkich państwowych kombinatach rolnych. Prawie codziennie mogłem słyszeć, że nasz dochód narodowy, w przeliczeniu na jedną osobę, jest znacznie wyższy, niż był przed wojną, a tempo rozwoju nie słabnie. Cały naród jest zaangażowany w odbudowę i rozwój swojej, wolnej Ojczyzny i z największym zaangażowanie realizuje zadania wyznaczone przez Partię, jako kolejne etapy socjalistycznego budownictwa. Co prawda występują jeszcze przejściowe trudności w niektórych gałęziach gospodarki, ale są to kłopoty, które pod kierownictwem przewodniej siły narodu, czyli tej samej partii, zostaną pokonane, a w każdej następnej pięciolatce będziemy mieli lepiej i to w każdej dziedzinie życia. Dobrobyt wkrótce zauważą i odczują wszyscy mieszkańcy kraju. &lt;br /&gt;Byłem pełen optymizmu, a tylko staruszek ojciec miał na ten temat całkiem odmienne zdanie. Twierdził, że chociaż niektóre problemy zostały uregulowane lepiej, niż było przed wojną, to jednak do dobrego jest bardzo daleko. Przekonywał, że tego, co mamy obecnie w Polsce nawet nie wypada porównywać z nędzą w sowieckich kołchozach, ale całe zło, które nadal w kraju występuje wynika z faktu, że Polska jest podporządkowana Moskwie, że u nas stosowane są takie same metody rządzenia i nie ma faktycznej wolności. Krytykował sztandarowe hasło systemu, że „klasa robotnicza jest przewodnią siłą narodu”. Twierdził, że to jest kompletny nonsens, bo „robotnikami” zostają ci, co najgorzej uczyli się w szkole, posiadają najmniejszą wiedzę. W „normalnych” krajach „przewodnią siłą” stanowią ludzie wykształceni, o najwyższym poziomie wiedzy. Po chwili jeszcze dodawał, że przecież robotnicy też nie rządzą. Rządzi grupa ludzi, która „dorwała się do koryta” i nie ma sposobu na zastąpienie ich innymi, bardziej mądrymi, bo demokratyczny system wyborczy, jaki obowiązuje we wszystkich wolnych krajach, został zastąpiony przymusowym głosowaniem na osoby, wyznaczane przez partię. &lt;br /&gt;Dość często nie rozumieliśmy się w tej dziedzinie, ale nie chciałem zgodzić się i z twierdzeniami innych osób, że życie jest bardzo ciężkie, że ludzie zarabiają mało, a w sklepach nic nie ma. Miałem częściowo odmienne zdanie nie tylko z tego powodu, że jeszcze nie zapomniałem jak ciężko było kupić czasami bochenek chleba w sąsiednim kraju. Odnosiłem wrażenie, że takie poglądy rodzą się u niektórych osób głównie z powodu zbyt słabego przysłuchiwania się informacjom przekazywanym przez środki masowego przekazu. Widocznie, w odróżnieniu od nich, nawet najbardziej rażącą oficjalną propagandą, przyjmowałem ze zbyt wielką wiarą, tym bardziej że dość często była wspierana wywodami osób z tytułami naukowymi. A oni głosili nieustannie również i to, że niektórzy zbyt wąsko zapatrują się na własne problemy, bez uwzględniania szerokiego aspektu spraw międzynarodowych, a szczególnie zagrożenia wynikającego z agresywnego militaryzmu zachodniego i niemieckiego rewanżyzmu. Być może nie tylko do tych, którzy byli zbyt młodzi, żeby pamiętać z autopsji, czym była dla Kraju wojna, władza przypominała systematycznie, że wciąż ponosimy koszty likwidacji zniszczeń wojennych, o których mieszkańcy niektórych państwach zachodnich nawet nie słyszeli. &lt;br /&gt;Mój umysł był pełen optymizmu i wiary w lepszą przyszłość. Byłem przekonany, że dobrobyt nastąpi niebawem. Bodźcem do tego był również głęboki ślad psychiczny, który zostawiły dwa lata służby w jednostce wojskowej, stawiającej wyjątkowe wymagania żołnierzom. Do naszej jednostki kierowano wyłącznie młodzież wysportowaną i zdolna do wielkiego wysiłku. Ale już w trakcie pierwszych miesięcy służby okazało się, że wytrwać do końca mogą tylko ci, którzy posiadają wielką odporność psychiczną, wiara we własne siły, zaufanie do kolegów, dowódców. Znalazłem się wśród tych, którzy wytrwali. Kiedy skończył się okres wstępnego szkolenia, a najsłabsi zostali odesłani do innych jednostek, tworzyliśmy zespół żołnierzy darzących się pełnym zaufaniem. Ufaliśmy również swoim dowódcom. &lt;br /&gt;Jak można było nie ufać dowódcy, który na lotnisku, zanim rozpoczęły się skoki treningowe, kazał ustawić żołnierzy w czworobok, krótko do nich przemówił, na zakończenie dodawał: „To co, orlątka, skaczemy!” Potem brał spadochron od pierwszego z brzegu szeregowca i na czele grupy żołnierzy kierował się w stronę samolotu. Czy takiemu dowódcy mogłem nie ufać?!&lt;br /&gt;Podobne poglądy przeniosłem na życie cywilne. Ufałem osobom, które rządziły krajem i nie zastanawiałem się zbytnio, na jakiej zasadzie tam się znaleźli. Byłem przekonany, że Kraj jest kierowany i prowadzony po właściwej drodze, we właściwym kierunku i ze spokojem patrzyłem w przyszłość. &lt;br /&gt;Na razie jednak bardziej interesował mnie najbliższy miesiąc, bo był to czas wolny, który mogłem wykorzystać w dowolny sposób, ale nie później jak w tym terminie musiałem zgłosić się do zakładu pracy, w którym pracowałem przed wojskiem. Miałem tam zapewnioną dalszą pracę, na dotychczasowych warunkach. Takie prawo było bardzo wygodne dla młodych mężczyzn, którzy po wykonaniu patriotycznego, zaszczytnego obowiązku ponownie wracali do życia cywilnego.&lt;br /&gt;Wiedziałem też, że przepis ten był jeszcze jednym dowodem na to, jak w Polsce Ludowej dbano o zwykłych ludzi. Po powrocie z wojska nie musiałem martwić się o pracę. Miałem ją zapewnioną, a jednocześnie prawie codziennie słyszałem o tym, jakie bezrobocie panuje w państwach kapitalistycznych. Właśnie zapewnienie pracy dla wszystkich, zgodnie z opinią Ojca, było jednym z podstawowych sukcesów nowego systemu. Nie podobała się chyba cała reszta.&lt;br /&gt;Nie sądzę, żeby wspomniany przepis był kłopotliwy dla dyrektorów i kierowników państwowych zakładów i firm. Odpowiednie służby mogły dokładnie przewidzieć, kiedy dany pracownik, po dwóch latach nieobecności, ponownie zgłosi się do pracy. Przedłużenie umowy na zatrudnienie „swego” pracownika nie mogło nastręczać problemów, a w pewnym stopniu było załatwiane rutynowo, ponieważ takie sytuacje zdarzały się często. &lt;br /&gt;Wiedziałem, że poprzednia praca czeka na mnie, ale w ciągu miesiąca mogę poszukać innego zajęcia, z którego być może będę zadowolony bardziej. Mogłem też ten czas przeznaczyć na odpoczynek, już jeśli nie fizyczny, to psychiczny. W ostatnich tygodniach, przed pożegnaniem z mundurem, wraz z kolegami żartowaliśmy, że na początku trudno będzie przystosować się do cywilnego ubrania i swobodnego poruszania się wszędzie i o każdej porze. Prawda jednak okazała się nie tak straszna. Powrót do rzeczywistości cywilnej był bez porównania łatwiejszy i szybszy, niż przystosowanie się do warunków panujących w koszarach, chociaż w drugim roku służby zaczynał się okres, kiedy bezmyślnie mijały kolejne tygodnie w otoczeniu tych samych twarzy, w powtarzającym się rytmie podobnych zajęć od pobudki (raczej - śniadania), aż do capsztyku (raczej - kolacji). Nie było żadnych zmartwień, nie było trosk. Jeden dzień niczym nie różnił się od drugiego, a wszystkie mijały rutynowo, bez żadnych niespodzianek. Ktoś odgórnie zapewniał wszystko niezbędne, poczynając od umundurowania, poprzez posiłki, kończąc na zakwaterowaniu. &lt;br /&gt;Czasami wydawało się, że taka rzeczywistość jest najlepsza, ponieważ nie tworzy najmniejszych kłopotów, a stawia tylko jeden warunek - być dyspozycyjnym i gotowym do wykonywania wyuczonych czynności, może czasami w innych warunkach i okolicznościach, lecz zawsze zgodnie z wolą kogoś postawionego wyżej. &lt;br /&gt;Ale skoro nie zdecydowałem się na pozostanie w wojsku, to ze wszystkich tamtych dogodności musiałem zrezygnować. Nadszedł ponownie okres samodzielnego decydowania o sobie. Postanowiłem wrócić na PKP. Z funkcjonowaniem tej firmy, na szczeblu stacji, byłem zapoznany doskonale i miałem nadzieję, że w miarę upływającego czasu będzie to podstawą nie tylko do podwyżek, ale i awansu na wyższe stanowisko, chociaż w warunkach tak małej stacji jak Szczytno ta druga możliwość była raczej nikła.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-191429202573778308?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/191429202573778308/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=191429202573778308' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/191429202573778308'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/191429202573778308'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/01/dobro-zakadu-i-kraju_14.html' title='Dobro zakładu i kraju'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-4356296462135565171</id><published>2007-01-14T18:03:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T18:04:48.350+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 2'/><title type='text'>Stanęłyby wszystkie pociągi.</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027693794239825858"&gt;&lt;img src="http://lh5.google.com/image/zeecen/RcX03jUZx8I/AAAAAAAAAUI/RWxnnWWJ8Bo/s288/Gi%C5%BCycko_17.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Co prawda, powrót na poprzednie stanowisko nie napawał mnie wielkim entuzjazmem i to nie tylko z tego powodu, że było jednym z niżej ustawionych w hierarchii służbowej, ale i dlatego że trudno było pogodzić zasady wynikające z przepisów z realiami dnia codziennego. Nie widziałem jednak innej alternatywy, nie bardzo mi odpowiadała myśl o poszukiwaniu pracy w innych zakładach, ponieważ nie miałem żadnego pojęcia o ich funkcjonowaniu. Wiedza, która posiadałem była przydatna jedynie na PKP. W tej firmie nie byłem nowicjuszem, nie musiałem rozpoczynać wszystkiego od zera, od najniższej grupy zaszeregowania.&lt;br /&gt;Będąc przekonanym, że jest to jedyne rozsądne rozwiązanie, po kilkudniowym oswojeniu się z cywilnym ubraniem, zgłosiłem się do Zawiadowcy Stacji. Na tym stanowisku nie było już miłego, zawsze uśmiechniętego starszego pana, który przyjmował do pracy. Zmiana nastąpiła jeszcze przed moim wojskiem, po upływie kilku miesięcy od dnia, w którym rozpocząłem swoje szkolenie. Pan Stanisław  „poszedł” na instruktora, a jego miejsce zajął inny pracownik - młodszy o szczupłej, wysokiej sylwetce i chyba nigdy nie uśmiechający się. Nie zauważyłem żeby odzywał się do podległego personelu inaczej niż służbowo, z wyraźną wyższością i dystansem do szeregowych pracowników, w odróżnieniu od poprzedniego, który stosował taktyką „ojcowania”. Być może bali się go wszyscy podwładni.&lt;br /&gt;Przed wojskiem bałem się go dość mocno, ale teraz nie czułem najmniejszego niepokoju, nawet kiedy zapukałem, żeby wejść do gabinetu. Zawiadowca widocznie poznał mnie, bo zanim skończyłem swoją wypowiedź o celu wizyty oświadczył, że zostanę zatrudniony na poprzednich zasadach, zgodnie z obowiązującymi przepisami. Szczegóły kazał uzgodnić z bezpośrednim zwierzchnikiem, ale uprzedził, że warunkiem zatrudnienia jest pozytywne zdanie egzaminu kontrolnego w Dziale szkolenia i egzaminowania, w Olsztynie. Następnie wstał, podszedł do niedużej, przeszklonej biblioteczki, wyjął jedną książkę i wręczył informując krótko, że pożycza w celu przypomnienia obowiązujących przepisów, bo jeśli egzaminu nie zdam, to umowa o pracę nie będzie przedłużona, ale z mojej winy.&lt;br /&gt;Potem ponownie zajął miejsce na swoim krześle i nic nie mówiąc skierował wzrok na dokumenty rozłożone na biurku. Zrozumiałem, że wykorzystałem czas przeznaczony na rozmowę, więc podziękowałem, powiedziałem „do widzenia” i opuściłem gabinet.&lt;br /&gt;Do podręcznika zajrzałem kilka razy w domu i doszedłem do wniosku, że proste zasady obowiązujące na tym najniższym stanowisku pamiętam doskonale, więc przestałem przejmować się egzaminem, a do podręcznika zajrzałem ponownie dopiero w pociągu, podczas jazdy do Olsztyna. Byłem przekonany, że udzielę odpowiedzi na każde pytanie.&lt;br /&gt;Nie musiałem szukać dobrze znanego budynku Oddziału Przewozów, który znajdował się obok stacji. Nie miałem też problemów z trafieniem do pokoju, w którym odbywały się egzaminy, bo tylko przed jego drzwiami stała niewielka grupa osób w kolejarskich mundurach. Nie było jednak wśród nich ani jednej osoby w moim wieku, co mogłoby świadczyć, że tamta osoba również wróciła z wojska. Zdecydowana większość oczekujących była wyraźnie starsza. Wszyscy zgłosili się na egzamin kontrolny, ponieważ mijał termin ważności poprzedniego sprawdzianu wiedzy. Szkoleniu i egzaminom kontrolnym podlegały okresowo wszystkie służby, również przeznaczone do bezpośredniej obsługi ruchu towarowego i osobowego.&lt;br /&gt;Dowiedziałem się, kto jest ostatni i zacząłem spokojnie czekać, aż zostanie sprawdzona wiedza osób, które znajdowały się przede mną. Nie miałem wątpliwości, że egzamin zdam bez większych problemów. Ilość osób oczekujących stopniowo malała. Co jakiś czas ktoś kolejny wychodził i po uśmiechniętej twarzy można było bez trudu poznać, że ten trudny moment ma już za sobą. Ktoś następny, bardziej czy mniej wystraszony znikał za drzwiami. Wkrótce też przekroczyłem próg i znalazłem się w dość obszernym pokoju, w którym chyba nie było innych mebli poza kilkoma biurkami, ustawionymi dość luźno na przestrzeni całego pomieszczenia. Bez trudu zauważyłem, że kilku egzaminatorów przeprowadza egzamin jednocześnie. Łatwo było odróżnić ich. Siedzieli nie tylko pewnie i z poczuciem wielkiej wiedzy, ale wyróżniali się drogimi mundurami uszytymi z gabardyny. Na wyłogach nieskazitelnie wyprasowanych marynarek błyszczały złote gwiazdki informujące, że posiadacz  munduru nie tylko zajmuje jedno z ważniejszych stanowisk w hierarchii służbowej, ale pobiera wysokie wynagrodzenie. &lt;br /&gt;Osoby takie składały czasami wizyty na stacji i wtedy pośród szeregowych pracowników rosła fala emocji, często wydawało się, że jest podenerwowany nawet zawiadowca. Jeśli celem wizyty była rozmowa z zawiadowcą, to odbywała się w jego gabinecie i tylko on wiedział, na jaki temat. Jeśli taka dystyngowana osoba kierowała potem swe kroki do któregoś działu podstawowego i zaczynała sprawdzać dokumenty, to nigdy nie było pewności, jaką nieprawidłowość i u kogo wynajdzie, ale efekty były przeważnie podobne. Pracownik, co prawda, teoretycznie uzyskiwał szansę na obronę, ponieważ wykaz zarzutów otrzymywał na piśmie i na piśmie miał się do nich ustosunkować, ale najczęściej trudno było znaleźć argumety, które mogłyby przekonać zwierzchnika od wymierzenia kary.&lt;br /&gt;Ukarany pracownik, w najbliższym okresie, mógł przestać marzyć o nagrodzie albo podwyżce. Czasami, widząc kontrolera z kolejną wizytą, próbowaliśmy między sobą przewidzieć, który z nas pozostaje najdłużej bez kary, w stosunku do kogo będzie znaleziony jakiś błąd w książkach lub innych dokumentach.&lt;br /&gt;Obowiązkiem kontrolerów było mobilizowanie podwaładnych do pracy zgodnie z przepisami, ale chyba i oni nie mieli wątpliwości, że wagony toczą się po szynach dzięki pracy tych, najniżej zaszeregowanych pracowników, w sukiennych mundurach. Widziałem jak teraz niektórzy z nich siedzieli niepozorni, przygarbieni i onieśmieleni przed biurkami wyższych urzędników. Długo zastanawiali się przed wypowiedzeniem każdego słowa i próbowali udowodnić, że kwalifikują się do dalszego pełnienia dotychczasowych obowiązków. Patki z gwiazdkami białej barwy na kołnierzach zapinanych pod szyją potwierdzały, że ten ktoś pracuje na tak zwane zmiany, może jedynie w teorii wie, co to niedziela i święta, często spędza noce na „służbie” i jest przekonany, że zarabia znacznie mniej, niż potrzebuje na skromne utrzymanie rodziny.&lt;br /&gt;Patrząc na wystraszone twarze trudno było domyślić się, że gdyby pewnego dnia te osoby nie przyszli do pracy, to stanęłyby wszystkie pociągi. Trudno powiedzieć, czy instruktorzy, znający doskonale przepisy, byli by w stanie zastąpić ich. Spotkanie z grupą instruktorów było jednak bez porównania przyjemniejsze, niż nawet z pojedynczym kontrolerem, ponieważ instruktorzy nie zajmowali się oceną naszej pracy. Ich obowiązki ograniczały się do szkolenia i egzaminowania.&lt;br /&gt;Nie miałem jednak czasu na filozoficzne rozważania o znaczeniu i roli poszczególnych służb w funkcjonowaniu PKP. Myślałem o własnym egzaminie i już po chwili wiedziałem, do którego biurka należy się zbliżyć. Stało przed nim wolne krzesło, a po drugiej stronie, ku swemu zaskoczeniu, ujrzałem lekko przygarbioną znajomą sylwetkę byłego zawiadowcy. Nie zauważyłem zmiany w przyjaznym spojrzeniu i lekko uśmiechniętej twarzy. Nie powiększyła się nieduża łysina wśród rzadkich, przyprószonych siwizną włosów. Zrozumiałem, że Pan Stanisław poznał mnie również i z uśmiechem przywitał jak kogoś bardzo bliskiego, po długim rozstaniu. Były zwierzchnik w kilku słowach wyraził zdziwienie, że tak szybko minął czas mojej służby. Zapytał się o wrażenia z wojska, zadał kilka pytań na temat skoków spadochronowych i tego, co się w tym czasie czuje. Stwierdził, że dobrze zrobiłem wracając na PKP, bo praca tu będzie zawsze, a w moim przypadku może nawet jakieś przegrupowanie na wyższe stanowisko w przyszłości, bo starsi pracownicy, tacy jak on, systematycznie odchodzą na emeryturę. &lt;br /&gt;Dopiero po kilku tego typu luźnych wypowiedziach, doszedł do wniosku, że najwyższy czas zacząć właściwy egzamin. Potem zastanowił się, coś pomruczał sam do siebie, po chwili raz jeszcze podniósł oczy i spojrzał na mnie, tak jakby chciał upewnić się, z kim faktycznie ma doczynienie i nieoczekiwanie głośno stwierdził, że chyba nie pamiętam już nic z okresu krótkiej, samodzielnej pracy przed wojskiem, bo od tamtych dni minęły dwa lata. Potem dodał, że egzamin to tylko formalność, ale jeśli mam zacząć pracę, to musze coś wiedzieć na temat obowiązków i zasad postępowania w poszczególnych sytuacjach. Dodał jeszcze, że o tym musimy koniecznie porozmawiać szczegółowo, a następnie, nadal uśmiechając się, sformułował pierwsze pytanie i nie dopuszczając mnie do głosu, zaczął na nie odpowiadać. Kiedy skończył, znowu spojrzał na mnie, zapytał się czy zrozumiałem wszystko i nie czekając na odpowiedź ponownie skierował wzrok do podręcznika, pochylając się jeszcze bardziej nad biurkiem. &lt;br /&gt;Chwilę przerzucał kartki, szukał czegoś, a potem niby sam do siebie zadał pytanie, z którego wynikało, iż dla odmiany zainteresował się jakimś kolejnym zagadnieniem. I tym razem też nie dopuścił mnie do głosu, lecz ponownie opowiedział ze szczegółami, w jaki sposób powinien postąpić pracownik w tej odmiennej sytuacji. Powtórzyło się to kilkakrotnie i już nie wiedziałem, czy to egzamin, czy pan egzaminator zaczął szkolić sam siebie, a ja jestem tylko przypadkowym widzem.&lt;br /&gt;Chciałem chociaż raz odpowiedzieć na jakieś pytanie, by udowodnić, że egzaminu nie zlekceważyłem i zgłosiłem się przygotowany, ale pan Stanisław nie pozwolił na przerwanie swego monologu stwierdzając, że wyjaśni wszystko po kolei i bardzo dokładnie. Czas mijał. Przy innych stolikach osoby egzaminowane zmieniały się, a ja ciągle siedziałem i już nawet nie próbowałem zakłócać wypowiedzi starszego pana, który nadal z wielkim zainteresowaniem przerzucał kartki podręcznika i stwierdzał, że jeszcze powinien wyjaśnić coś na inny temat. Odnosiło się wrażenie, że po raz pierwszy ma w ręku tę książkę i jest tak bardzo zainteresowany treścią, że nie może przerwać przeglądania i czytania.&lt;br /&gt;Widocznie traktował młodego pracownika jak syna, po ojcowsku pragnął przewidzieć wszelkie sytuacje, które mogły pojawić się w trakcie pracy i z instrukcją w ręku oraz wieloletnim doświadczeniem informował, w jaki sposób należy postępować, żeby nie mieć kłopotów. Było mi niezmiernie miło, że spotkałem się z takim podejściem, a jednocześnie przykro, że ten człowiek nie będzie już moim zwierzchnikiem. &lt;br /&gt;Siedzieliśmy tak po przeciwnych stronach tego samego biurka dość długo i nic nie wskazywało, że ta dziwna sytuacja skończy się szybko. Pan Stanisław miał jednak swego zwierzchnika, który widocznie wreszcie zauważył, że przy tym jednym stoliku od dłuższego czasu jest egzaminowana ta sama osoba, bo w pewnej chwili podszedł do nas i powiedział głośno, że „egzamin” trwa zbyt długo, że wypada wreszcie zdecydować się i albo wysłać mnie żebym się nauczył, albo postawić ocenę pozytywną i dłużej nie męczyć. Na tę uwagę pan Stanisław z tym samym nie przemijającym uśmiechem odpowiedział, że nie może skończyć egzaminu szybko, bo wróciłem z wojska, a tam miałem szkolenie na całkiem inne tematy, więc ktoś musi mi pomóc przywrócić stan umysłu do cywilnej normalności i z tego powodu nie można stosować pośpiechu.&lt;br /&gt;Zwierzchnik wzruszył ramionami i poszedł dalej, a opowieść pana Stanisława trwała nadal. W końcu widocznie doszedł do wniosku, iż osiągnąłem poziom, który zapewni mi w miarę normalne zachowanie się w środowisku, gdzie nie obowiązują rozkazy, lecz cywilne instrukcje, bo nieoczekiwanie wstał, wyciągnął ręką na pożegnanie przez biurko i powiedział, że egzamin zdałem, a więc mam otwartą drogę do sukcesów w pracy i życiu osobistym. &lt;br /&gt;Rozpoczął się drugi okres pracy na tym samym stanowisku, na poprzednich warunkach, a one nie uległy żadnej zmianie. Jak zdążyłem przekonać się podczas egzaminu, pozostały te same instrukcje, takie same reguły postępowania i podobne do siebie wszystkie dyżury. To, że wróciłem w to samo miejsce, po upływie dwóch lat nieobecności, można było poznać w pierwszej kolejności po tym, że większość pracowników była poprzednia. Ujrzałem jednak i kilku nowych twarzy, a nie zobaczyłem paru starszych, którzy odeszli na emeryturę. Nowi pracownicy jednak tak samo znali swoje obowiązki i postępowali jak tamci, których znałem przed wojskiem. Przemknęła przez głowę myśl, że PKP jest stabilną i nie zmieniającą się firmą, a zmieniają się jedynie ludzie, którzy jej służą. &lt;br /&gt;W tym czasie nikt już nie wspominał o moim „wschodnim” pochodzeniu. Na tym etapie nie brakowało polskich słów do wyrażania własnych myśli. Nie wiem, jak wielkie nastąpiły zmiany w zakresie akcentu, ale nawet nowi koledzy nie pytali się, kiedy przyjechałem do Polski, a przecież przed wojskiem było to jedno z pierwszych pytań, każdego nowego znajomego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-4356296462135565171?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/4356296462135565171/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=4356296462135565171' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/4356296462135565171'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/4356296462135565171'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/01/stanyby-wszystkie-pocigi.html' title='Stanęłyby wszystkie pociągi.'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-6204469046819629708</id><published>2007-01-14T18:02:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T18:12:06.431+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 2'/><title type='text'>Dostawy wina i wódki</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027693055505450850"&gt;&lt;img src="http://lh5.google.com/image/zeecen/RcX0MjUZx2I/AAAAAAAAATY/qv3jUZFhfdk/s288/Gi%C5%BCycko_11.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracowaliśmy na zmiany, w ciągu jednego dyżuru po dwanaście godzin. Znowu stałem się magazynierem handlowym w Ekspedycji Towarowej. Nie była to praca przyjemna. Należało ciągle lawirować na krawędzi ryzyka, dość często świadomie naruszając obowiązujące przepisy, a w szczególności w zakresie kontroli załadunku i rozładunku niektórych towarów. Tak jak przed wojskiem, w niektórych godzinach następowało spiętrzenie zadań i czasami plombowałem wagon bez dokładnego sprawdzenia zawartości. Czasami, tak jak i inni koledzy, pisałem protokół o uszkodzonych podczas transportu towarach jedynie na podstawie informacji przedstawiciela odbiorcy. Dotyczyły to jednak tylko towarów mniej wartościowych. Zwierzchnicy albo nie chcieli, albo nie mogli podjąć żadnych działań w kierunku zmiany tego stanu. Być może było jedno i drugie. Protestować jednak nikt nie próbował. Osoba buntująca się mogła jedynie niepotrzebnie narazić się, tracąc szansę na awanse i podwyżki. &lt;br /&gt;  Nie kończącą się zmorą były dostawy wina i wódki. Potłuczone butelki zdarzały się zawsze, ale czasami sytuacja wyglądała katastrofalnie. Przy tak drogich towarach należało być przy wagonie od chwili otwarcia drzwi, do momentu zakończenia rozładunku. Kiedy widziałem wielkie uszkodzenie, to czasami wracałem myślami do naszej podróży koleją do Szczytna i do tamtych momentów, podczas tak zwanej pracy manewrowej. Przecież nie mogłem zapomnieć, jak wagon, w którym siedzieliśmy, był wyraźnie rozpędzany, po to by za chwilę z wielkim hukiem zderzyć się z innym, nieruchomo stojącym na torze. &lt;br /&gt; Jeśli po otwarciu wagonu, już na samym początku, zauważało się większą ilość potłuczonych butelek, a prócz tego połamane skrzynki, to wyładunek wstrzymywaliśmy, zawiadamiając specjalną komórkę Kolejowej Milicji. Działalność „operacyjna” funkcjonariusza polegała na tym, że przez pewien czas był obecny podczas rozładunku, coś sobie zapisywał w notatniku, ale potem wracał do Komisariatu. Zawsze zastanawiałem się, w jaki sposób będzie chciał znaleźć winnego. Przecież nie miał żadnej szansy na ustalenie kiedy i na jakiej stacji, pomimo nalepek ostrzegawczych, nastąpiło tak mocne zderzenie się wagonów, że popękały nie tylko butelki, lecz roztrzaskały się drewniane skrzynki. Być może w takim momencie alkohol wyciekał czasami także na zewnątrz. Ale w jaki sposób można było teraz znaleźć winnego?&lt;br /&gt;Również w takim przypadku przedstawiciel odbiorcy bardzo prosił, żeby dopisać chociaż jedną butelkę do ilości potłuczonych. Przekonywał, że ci biedni robotnicy, żeby zarobić nędzne grosze, muszą przerzucić setki kilogramów ładunku, że jeśli po skończonym dniu wypiją po tej przysłowiowej setce, to będą mieli spokojny sen i bardziej szczęśliwi przyjdą do pracy w dniu następnym.&lt;br /&gt; Nie wiem, kiedy było łatwiej fałszować dane w protokóle. Wtedy, kiedy było stłuczonych butelek niewiele, czy wtedy, kiedy było ich dużo. Najbardziej cieszyli się robotnicy, kiedy w tak zwanym transporterze (drewniana skrzynka z kratownicą zabezpieczającą butelki przed stykaniem się) znajdywali butelkę z odtrąconą szyjką, ale z nienaruszoną zawartością. Taka butelka była wyjmowana jak drogocenna relikwia. Wszyscy na ten moment przerywali pracę, wstrzymali oddech i z największym napięciem śledzili ruchy osoby, która podjęła się odpowiedzialnej czynności wyjęcia butelki z transportera. Czasami na butelce widziało się wyraźne pękniecie i istniało zagrożenie, że nadwerężone szkło rozsypie się przy najmniejszym, nieostrożnym ruchu. &lt;br /&gt; Zdarzały się przypadki, że w ostatnim momencie butelka pękała, a zawartość trafiała na podłogę. Rozpacz tych trzech - czterech osób, pracujących przy rozładunku wagonu, była tak przygnębiająca, że najczęściej natychmiast, bez żadnej prośby informowałem, iż dla wyrównania ich straty odpowiednio zwiększę stan stłuczonych butelek w protokóle. Jak przyjemnie było widzieć szczery uśmiech wdzięczności, znowu uśmiechnięte twarze. Najczęściej o swojej decyzji informowałem dopiero na etapie podpisywania notatki służbowej, stanowiącej podstawę do napisania protokółu. Kiedy wpisywałem ostatnie zdanie o ilości potłuczonych butelek i wymawiałem głośno cyfrę, to robotnicy natychmiast spostrzegali, że jest to wielkość skorygowana, uwzględniająca ich minimalne życzenia. &lt;br /&gt;Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek usłyszał ze strony tamtych robotników jakieś głośne podziękowanie. Może odpowiednich słów nie mogli znaleźć, a może bez słów rozumieliśmy się lepiej i byliśmy przekonani, że słowa są niezbędne jedynie tam, gdzie uzgadnia się jakieś niezbyt czyste sprawy. Po zakończeniu rozładunku, wyraźnie zmęczeni, nadal spokojni, ale jak by ostatecznie odprężeni, podchodzili kolejno, podpisywali dokument i chyba każdy w tym momencie na krótką chwilę podnosił oczy, kierował wdzięczne spojrzenie na mnie, a jednocześnie mocno ściskał dłoń.&lt;br /&gt;Może warto było podejmować ryzyko zawyżenia faktycznej wielkości strat PKP, żeby zobaczyć radość tamtych ciężko pracujących ludzi i poczuć ich wdzięczność. &lt;br /&gt;Robotnicy wiedzieli, że narażam się bardziej od nich, ale wiedzieli też, że jestem pewien iż wśród nich nie ma żadnego donosiciela. Jeśli w którejś grupie czasami się znajdował, to już na etapie wcześniejszym miałem stosowną informację od magazyniera, który towar przyjmował. Zdarzały się też takie przypadki, że w trakcie rozładunku, w pewnym momencie, jeden z robotników był pilnie oddelegowany do innej pracy. Chociaż domyślałem się, z jakiego powodu został w ten sposób „wyróżniany”, to w takim przypadku obowiązkowo miałem przekazaną krótką informację, że „gumowe ucho” zostało skierowane do innej pracy. &lt;br /&gt;Działalność na szkodę PKP &lt;br /&gt;Konieczność lawirowanie między obowiązującymi przepisami, obowiązkiem reprezentowania interesów PKP, a najzwyklejszymi, ludzkimi odruchami występowała nie tylko w przypadku ustalania stanu i ilości towarów szczególnie atrakcyjnych, jak alkohole. Były też inne przypadki, kiedy występowały podobne zależności. &lt;br /&gt;Prawie regułą było „fałszowanie” czasu trwania załadunku lub rozładunku poszczególnych wagonów. W tym zakresie obowiązywały ścisłe normy dla różnych grup towarów (najczęściej sześć godzin, albo cztery). Regułą jednak było, że wagony stały jeszcze kilka godzin przy rampie, zanim nadchodziła godzina, kiedy zabierały je służby manewrowe. Naszym obowiązkiem było pilnowanie faktycznego czasu trwania prac ładunkowych i naliczanie tzw. kar umownych w każdym przypadku, kiedy miało miejsce przekroczenie norm. &lt;br /&gt;Jednak, narażając się na regulaminowe kary, wpisywaliśmy najczęściej do rejestru czas poświęcony na prace za- lub wyładunkowe w wysokości zgodnej z obowiązującą normą, pomimo że dość często był on znacznie dłuższy. Tak postępowali wszyscy koledzy, prawie szablonowo. Gorzej było, jeśli po torach przespacerował się zawiadowca, a potem wszedł do biura i stwierdził, że zapisy odbiegają od stanu faktycznego. Czasami tym problemem zainteresował się jakiś kontroler, który pojawił się nieoczekiwanie na stacji i zanim wszedł do biura też przeszedł się po rampie, gdzie stały wagony. Ujawnione nieprawidłowości traktowano jako działalność na szkodę PKP. W takim przypadku pracownik natychmiast otrzymywał druczek tzw. „wyjaśnienia”, na którym miał przedstawiony zarzut na piśmie i informację, że ma prawo złożenia stosownych wyjaśnień. Oczywiście swoje wyjaśnienie każdy pisał tak jak potrafił, najczęściej z pomocą kolegów, ale zawsze efekt był ten sam. Kara była nieunikniona i natychmiastowa, a moment podwyżki albo awansu znowu odsuwał się na bliżej nieokreślony czas.&lt;br /&gt;W tym miejscu, samorzutnie rodzi się pytanie: czy tak ciężko było wpisywać prawidłowe dane, jaki sens miało takie narażanie się? Może to nie miało żadnego sensu, ale ryzykowne postępowanie z naszej strony było prawie regułą. Tak robili ci, od których uczyłem się pracy przed wojskiem, tak postępowali nadal chyba wszyscy, kiedy wróciłem z wojska. Pomimo, że czas upływał i nie zmalało zagrożenie ze strony zwierzchników, pod tym względem nic nie uległo zmianie. &lt;br /&gt;Czy mogliśmy postępować inaczej? Teoretycznie tak, ale widocznie w praktycznym działaniu, zamiast reguł ustalonych w przepisach górę brały bardziej ludzkie odruchy. Wyznaczone normy były wyśrubowane, a przecież najczęściej dotyczyły nie jednej tony ładunku. Osoba, która załadowała na jakiś wózek choć kilkadziesiąt kilogramów węgla, być może potrafi sobie wyobrazić, ile wysiłku trzeba włożyć by przeładować na samochód cały, wielotonowy wagon ciężkich, niekształtnych brył, różnej wielkości. Ile razy trzeba zgiąć plecy, wbić wielką szuflę w oporną masę, a następnie naprężając wszystkie mięśnie, przerzucić ciężki ładunek na wysoki samochód.&lt;br /&gt; Czy w dniu dzisiejszym potrafi ktoś sobie wyobrazić jak w tamtych czasach wyglądał rozładunek wapna, nasypanego luzem do specjalnego typu stalowych wagonów, z otwieranymi od góry klapami, zwanych wapniarkami. Być może i wtedy, tylko niektórzy przechodnie z pobliskiej ulicy, białej od pyłu, potrafili zastanowić sie na moment, jakie warunki panują w stalowym pudle, szczególnie podczas letniego upału. Gdyby ktoś bardziej ciekawy zechciał narazić się i chwilę postać, albo był na tyle odważny, żeby podejść bliżej do wagonu i stojącego obok samochodu, to ujrzałby robotnika, pokrytego grubszą warstwą białego proszku, który wielką szuflą przerzucał pylistą zawartość do stojącej obok, wysokiej wywrotki. Każdemu machnięciu szuflą towarzyszył pozostający w powietrzu obłok, który wolno rozpływał się nad nim, a następnie stopniowo opadał na całe otoczenie. Lepiej było nie stać długo w pobliżu takiego wagonu i takiego robotnika.&lt;br /&gt;Robotnik musiał w tym wytrwać. Mógł się tylko cieszyć, że w następnym dniu zamiast przy wagonie z wapnem będzie pracować ładując cegłę na platformy. Teraz będzie zmuszony przenieść kolejne tony, które będą tak samo wyciągać ręce, ale tym razem bez unoszącego się pyłu. Organizm samorzutnie, podczas większego wysiłku, będzie domagał się dodatkowego tlenu, a więc płuca zostaną oczyszczone szybko i pewnie z wczorajszego pyłu, może nawet lepiej niż w jakimś ośrodku wypoczynkowym. &lt;br /&gt;Oczywiście nie wszyscy pracowali przy węglu, wapnie, cegłach. Były przecież jeszcze worki i skrzynki z najróżniejszymi wyrobami, przeznaczonymi na realizację nowych inwestycji na terenie miasta, a ponadto z artykułami do miejskich sklepów, z przeznaczeniem na zaspokojenie wzrastających planowo potrzeb społecznych. W takich warunkach mijały dnie podobne do siebie, bez żadnych zmian, bez obaw, że w Polsce Ludowej pracy dla kogoś zabraknie.&lt;br /&gt; Czas nie stał w miejscu i tak się złożyło, że nieco później poznawałem naukowe zasady funkcjonowania systemu socjalistycznego oraz jego wyższości nad kapitalizmem i wtedy dowiedziałem się, że właśnie w socjalizmie istnieje możliwość takiego sterowania procesem wprowadzania nowszej i wydajniejszej techniki, żeby mimo to wszystkie osoby w wieku produkcyjnym mogły znaleźć zatrudnienie w gospodarce narodowej.&lt;br /&gt;Centralny planista tak ustalał wskaźnik wprowadzenia postępu technicznego, tj. zastępowania pracy ludzkiej pracą maszyn, żeby w kraju nie powstało bezrobocie, a każdy obywatel mógł znaleźć zatrudnienie odpowiednie do wykształcenia, a często zgodnie z zamiłowaniem. To tylko kapitaliści byli zdolni do bezmyślnego wprowadzania maszyn i urządzenia, które co prawda zastępowały ciężką pracę rąk ludzkich, ale powodowały, że robotnicy byli wyrzucani na bruk. Podstawowe prawo człowieka - prawo do pracy - było łamane na każdym kroku w systemie, który jeszcze funkcjonował nie tylko w zachodniej Europie.&lt;br /&gt; Z tą naukową teorią zapoznałem się jednak później. W tamtym okresie, tak samo jak pozostali koledzy, nie znałem jeszcze naukowych zasad, na podstawie których robotnicy wdychali wraz z tlenem wapienny pył i narażając się na nieprzyjemności „fałszowałem” czas trwania załadunku i rozładunku wagonów. &lt;br /&gt;Kolejowi zwierzchnicy, bez naukowego uzasadniania, taką działalność uznawali za przynoszącą wymierną szkodę dla PKP, więc była ona dość rygorystycznie zwalczana. Nam się jednak wydawało, że kilkadziesiąt, czy kilkaset złotych kary za parę godzin „przestoju” wagonu nie ma żadnego znaczenia dla PKP, a tym bardziej dla szeregowych pracowników firmy. Nie bez znaczenia było i to, że załadowany lub rozładowany wagon stał jeszcze kilka godzin w tym samym miejscu, przy rampie.&lt;br /&gt;Wiedzieliśmy również, że kwotę „kary”, którą jakieś przedsiębiorstwo zapłaciło dla PKP, potrącano potem z pensji robotników, którzy pracowali rzekomo z niedostateczną wydajnością. Cała „kara”, nawet po rozłożeniu na kilka osób, była dla każdego robotnika dotkliwym uszczerbkiem w jego indywidualnych dochodach. W efekcie, zwykły zapis w naszym rejestrze, że przy którymś wagonie czynności ładunkowe trwały o parę godzin dłużej, niż to wynikało z normy, mógł być jednoznaczny z tym, że jakieś nieznane dziecko zostało pozbawione szklanki mleka lub kromki chleba na śniadanie albo kolację. Jeden z kolegów, podczas szablonowego wpisywania godzin zakończenia prac ładunkowych przy poszczególnych wagonach, powtarzał zawsze z lekkim zdenerwowaniem te same słowa: „...nasermater z tymi godzinami...”. Być może sam nie wiedział, co chciał przekazać za pośrednictwem tych dziwnych słów.&lt;br /&gt; Pracowałem więc tak samo jak przed służbą wojskową, ale przecież było to tylko 200 godzin w ciągu miesiąca, zgodnie z obowiązującą normą. Co prawda kazano nam dość często pracować po kilkadziesiąt godzin dłużej, ponieważ wymagało tego „dobro zakładu pracy i kraju”. Prawie wszyscy starsi pracownicy twierdzili, że nie wiadomo z jakiego powodu, ale nikt nie uwzględnia „dobra pracownika”. Narzekania nie powodowały żadnych zmian, więc nie miały najmniejszego sensu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-6204469046819629708?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/6204469046819629708/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=6204469046819629708' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/6204469046819629708'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/6204469046819629708'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/01/dostawy-wina-i-wdki.html' title='Dostawy wina i wódki'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-1386081403320045506</id><published>2007-01-14T17:59:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T18:02:23.907+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 2'/><title type='text'>Działalność na szkodę PKP</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027693699750545330"&gt;&lt;img src="http://lh3.google.com/image/zeecen/RcX0yDUZx7I/AAAAAAAAAUA/lqT8G_jDjbo/s288/Gi%C5%BCycko_16.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konieczność lawirowanie między obowiązującymi przepisami, obowiązkiem reprezentowania interesów PKP, a najzwyklejszymi, ludzkimi odruchami występowała nie tylko w przypadku ustalania stanu i ilości towarów szczególnie atrakcyjnych, jak alkohole. Były też inne przypadki, kiedy występowały podobne zależności. &lt;br /&gt;Prawie regułą było „fałszowanie” czasu trwania załadunku lub rozładunku poszczególnych wagonów. W tym zakresie obowiązywały ścisłe normy dla różnych grup towarów (najczęściej sześć godzin, albo cztery). Regułą jednak było, że wagony stały jeszcze kilka godzin przy rampie, zanim nadchodziła godzina, kiedy zabierały je służby manewrowe. Naszym obowiązkiem było pilnowanie faktycznego czasu trwania prac ładunkowych i naliczanie tzw. kar umownych w każdym przypadku, kiedy miało miejsce przekroczenie norm. &lt;br /&gt;Jednak, narażając się na regulaminowe kary, wpisywaliśmy najczęściej do rejestru czas poświęcony na prace za- lub wyładunkowe w wysokości zgodnej z obowiązującą normą, pomimo że dość często był on znacznie dłuższy. Tak postępowali wszyscy koledzy, prawie szablonowo. Gorzej było, jeśli po torach przespacerował się zawiadowca, a potem wszedł do biura i stwierdził, że zapisy odbiegają od stanu faktycznego. Czasami tym problemem zainteresował się jakiś kontroler, który pojawił się nieoczekiwanie na stacji i zanim wszedł do biura też przeszedł się po rampie, gdzie stały wagony. Ujawnione nieprawidłowości traktowano jako działalność na szkodę PKP. W takim przypadku pracownik natychmiast otrzymywał druczek tzw. „wyjaśnienia”, na którym miał przedstawiony zarzut na piśmie i informację, że ma prawo złożenia stosownych wyjaśnień. Oczywiście swoje wyjaśnienie każdy pisał tak jak potrafił, najczęściej z pomocą kolegów, ale zawsze efekt był ten sam. Kara była nieunikniona i natychmiastowa, a moment podwyżki albo awansu znowu odsuwał się na bliżej nieokreślony czas.&lt;br /&gt;W tym miejscu, samorzutnie rodzi się pytanie: czy tak ciężko było wpisywać prawidłowe dane, jaki sens miało takie narażanie się? Może to nie miało żadnego sensu, ale ryzykowne postępowanie z naszej strony było prawie regułą. Tak robili ci, od których uczyłem się pracy przed wojskiem, tak postępowali nadal chyba wszyscy, kiedy wróciłem z wojska. Pomimo, że czas upływał i nie zmalało zagrożenie ze strony zwierzchników, pod tym względem nic nie uległo zmianie. &lt;br /&gt;Czy mogliśmy postępować inaczej? Teoretycznie tak, ale widocznie w praktycznym działaniu, zamiast reguł ustalonych w przepisach górę brały bardziej ludzkie odruchy. Wyznaczone normy były wyśrubowane, a przecież najczęściej dotyczyły nie jednej tony ładunku. Osoba, która załadowała na jakiś wózek choć kilkadziesiąt kilogramów węgla, być może potrafi sobie wyobrazić, ile wysiłku trzeba włożyć by przeładować na samochód cały, wielotonowy wagon ciężkich, niekształtnych brył, różnej wielkości. Ile razy trzeba zgiąć plecy, wbić wielką szuflę w oporną masę, a następnie naprężając wszystkie mięśnie, przerzucić ciężki ładunek na wysoki samochód.&lt;br /&gt; Czy w dniu dzisiejszym potrafi ktoś sobie wyobrazić jak w tamtych czasach wyglądał rozładunek wapna, nasypanego luzem do specjalnego typu stalowych wagonów, z otwieranymi od góry klapami, zwanych wapniarkami. Być może i wtedy, tylko niektórzy przechodnie z pobliskiej ulicy, białej od pyłu, potrafili zastanowić sie na moment, jakie warunki panują w stalowym pudle, szczególnie podczas letniego upału. Gdyby ktoś bardziej ciekawy zechciał narazić się i chwilę postać, albo był na tyle odważny, żeby podejść bliżej do wagonu i stojącego obok samochodu, to ujrzałby robotnika, pokrytego grubszą warstwą białego proszku, który wielką szuflą przerzucał pylistą zawartość do stojącej obok, wysokiej wywrotki. Każdemu machnięciu szuflą towarzyszył pozostający w powietrzu obłok, który wolno rozpływał się nad nim, a następnie stopniowo opadał na całe otoczenie. Lepiej było nie stać długo w pobliżu takiego wagonu i takiego robotnika.&lt;br /&gt;Robotnik musiał w tym wytrwać. Mógł się tylko cieszyć, że w następnym dniu zamiast przy wagonie z wapnem będzie pracować ładując cegłę na platformy. Teraz będzie zmuszony przenieść kolejne tony, które będą tak samo wyciągać ręce, ale tym razem bez unoszącego się pyłu. Organizm samorzutnie, podczas większego wysiłku, będzie domagał się dodatkowego tlenu, a więc płuca zostaną oczyszczone szybko i pewnie z wczorajszego pyłu, może nawet lepiej niż w jakimś ośrodku wypoczynkowym. &lt;br /&gt;Oczywiście nie wszyscy pracowali przy węglu, wapnie, cegłach. Były przecież jeszcze worki i skrzynki z najróżniejszymi wyrobami, przeznaczonymi na realizację nowych inwestycji na terenie miasta, a ponadto z artykułami do miejskich sklepów, z przeznaczeniem na zaspokojenie wzrastających planowo potrzeb społecznych. W takich warunkach mijały dnie podobne do siebie, bez żadnych zmian, bez obaw, że w Polsce Ludowej pracy dla kogoś zabraknie.&lt;br /&gt; Czas nie stał w miejscu i tak się złożyło, że nieco później poznawałem naukowe zasady funkcjonowania systemu socjalistycznego oraz jego wyższości nad kapitalizmem i wtedy dowiedziałem się, że właśnie w socjalizmie istnieje możliwość takiego sterowania procesem wprowadzania nowszej i wydajniejszej techniki, żeby mimo to wszystkie osoby w wieku produkcyjnym mogły znaleźć zatrudnienie w gospodarce narodowej.&lt;br /&gt;Centralny planista tak ustalał wskaźnik wprowadzenia postępu technicznego, tj. zastępowania pracy ludzkiej pracą maszyn, żeby w kraju nie powstało bezrobocie, a każdy obywatel mógł znaleźć zatrudnienie odpowiednie do wykształcenia, a często zgodnie z zamiłowaniem. To tylko kapitaliści byli zdolni do bezmyślnego wprowadzania maszyn i urządzenia, które co prawda zastępowały ciężką pracę rąk ludzkich, ale powodowały, że robotnicy byli wyrzucani na bruk. Podstawowe prawo człowieka - prawo do pracy - było łamane na każdym kroku w systemie, który jeszcze funkcjonował nie tylko w zachodniej Europie.&lt;br /&gt; Z tą naukową teorią zapoznałem się jednak później. W tamtym okresie, tak samo jak pozostali koledzy, nie znałem jeszcze naukowych zasad, na podstawie których robotnicy wdychali wraz z tlenem wapienny pył i narażając się na nieprzyjemności „fałszowałem” czas trwania załadunku i rozładunku wagonów. &lt;br /&gt;Kolejowi zwierzchnicy, bez naukowego uzasadniania, taką działalność uznawali za przynoszącą wymierną szkodę dla PKP, więc była ona dość rygorystycznie zwalczana. Nam się jednak wydawało, że kilkadziesiąt, czy kilkaset złotych kary za parę godzin „przestoju” wagonu nie ma żadnego znaczenia dla PKP, a tym bardziej dla szeregowych pracowników firmy. Nie bez znaczenia było i to, że załadowany lub rozładowany wagon stał jeszcze kilka godzin w tym samym miejscu, przy rampie.&lt;br /&gt;Wiedzieliśmy również, że kwotę „kary”, którą jakieś przedsiębiorstwo zapłaciło dla PKP, potrącano potem z pensji robotników, którzy pracowali rzekomo z niedostateczną wydajnością. Cała „kara”, nawet po rozłożeniu na kilka osób, była dla każdego robotnika dotkliwym uszczerbkiem w jego indywidualnych dochodach. W efekcie, zwykły zapis w naszym rejestrze, że przy którymś wagonie czynności ładunkowe trwały o parę godzin dłużej, niż to wynikało z normy, mógł być jednoznaczny z tym, że jakieś nieznane dziecko zostało pozbawione szklanki mleka lub kromki chleba na śniadanie albo kolację. Jeden z kolegów, podczas szablonowego wpisywania godzin zakończenia prac ładunkowych przy poszczególnych wagonach, powtarzał zawsze z lekkim zdenerwowaniem te same słowa: „...nasermater z tymi godzinami...”. Być może sam nie wiedział, co chciał przekazać za pośrednictwem tych dziwnych słów.&lt;br /&gt; Pracowałem więc tak samo jak przed służbą wojskową, ale przecież było to tylko 200 godzin w ciągu miesiąca, zgodnie z obowiązującą normą. Co prawda kazano nam dość często pracować po kilkadziesiąt godzin dłużej, ponieważ wymagało tego „dobro zakładu pracy i kraju”. Prawie wszyscy starsi pracownicy twierdzili, że nie wiadomo z jakiego powodu, ale nikt nie uwzględnia „dobra pracownika”. Narzekania nie powodowały żadnych zmian, więc nie miały najmniejszego sensu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-1386081403320045506?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/1386081403320045506/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=1386081403320045506' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/1386081403320045506'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/1386081403320045506'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/01/dziaalno-na-szkod-pkp.html' title='Działalność na szkodę PKP'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-7750604351404291676</id><published>2007-01-14T17:52:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T18:14:49.096+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 2'/><title type='text'>Stanowiliśmy dość zgraną trójkę</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027694245211392018"&gt;&lt;img src="http://lh6.google.com/image/zeecen/RcX1RzUZyBI/AAAAAAAAAUw/3EzKR_wR9_Q/s288/Gi%C5%BCycko_30.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Po godzinach pracy był jednak czas wolny. Tak się złożyło, że teraz na takim samym stanowisku pracował kolega w moim wieku - również kawaler. Miał na imię Zdzisiek. Mieszkał też na wsi, ale położonej trochę w innym kierunku. Również miał rower i tak samo marzył o kupieniu motocykla. Przyjaźniliśmy się jeszcze z takim wysokim, szczupłym Jaśkiem. On też miał taki sam rower, oczywiście bez żadnych przerzutek i temu podobnych pomysłów. W sklepach można było jednak wybierać między rowerem polskim i radzieckim. Chociaż wszystkie elementy i części rowerów były identyczne, to emblematy różniły się istotnie.&lt;br /&gt;Stanowiliśmy dość zgraną trójkę. Razem byliśmy nie na jednej zabawie, albo na „prywatce” przy adapterze, w jakimś większym mieszkaniu, najczęściej na wsi. To Zdziśkowi zawdzięczam, że pewnego wieczoru poznałem dziewczynę, w której zakochałem się od razu, od pierwszego spojrzenia, bo miała najzgrabniejszą sylwetkę, jaką sobie mogłem wyobrazić i do tego długie, czarne włosy. Odniosłem wrażenie, że jest podobna do mnie, a moje zauroczenie chyba zauważyła natychmiast. Być może było sądzone nam spotkać się, a może doprowadził do tego padający deszcz i Zdzisław, który stał się ostatecznym wykonawcą czyjejś odgórnej woli, bo w tym dniu nie miał dyżuru, nie musiał być na stacji.&lt;br /&gt;Jak później mi wyjaśnił, całkiem przypadkowo znalazł się w holu dworca, a stamtąd zaprosił do naszego biura znajomą dziewczynę i jej mamę, bo czekały na stacji aż przestanie padać deszcz. Nie wiem dlaczego tak zrobił. Przecież do poczekalni deszcz również nie sięgał. &lt;br /&gt;Obie panie były w biurze na tyle krótko, a ja byłem na tyle onieśmielony widokiem pięknej dziewczyny, że chyba nie potrafiłem w tym czasie sklecić nawet kilku sensownych zdań. Wkrótce deszcz przestał padać, starsza pani powiedziała, że już muszą iść, a razem z nią opuściła nasze skromne pomieszczenie i tamta niezapomniana dziewczyna. Po zwykłym pożegnaniu wyszły na zewnątrz, gdzie tylko nieliczne latarnie rozpraszały mrok późnego, jesiennego wieczoru. Dopiero po ich wyjściu wróciła do mnie odwaga, zapytałem się u Zdziśka, skąd zna tę piękną dziewczynę i czy może zapoznać z nią. &lt;br /&gt;Już w najbliższą niedzielę byliśmy u Marylki. Niestety, tylko ten jeden raz zadziałałem zdecydowanie i energicznie. Potem w naszej znajomości nastąpiła długa przerwa, bo dziewczyna jeszcze chodziła do szkoły i oświadczyła, że „kawalerów na razie nie potrzebuje”. Ponowny kontakt nawiązałem po kilku latach. Była jeszcze wolna. Wydawało się, że nic już nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy byli razem na zawsze. &lt;br /&gt;Tak się nie stało. Nie potrafiłem przełamać rodzącego się przy niej kompleksu mojego niższego statusu, szczególnie z zakresu wiedzy o Polsce, różnicy w poziomie wykształcenia. Marylka wyszła za innego. Chcę wierzyć, że jest szczęśliwa. Ostatni raz widziałem ją, kiedy wchodziła do tego samego sklepu, z którego wychodziłem. Byłem tak stremowany, że nie potrafiłem nawet przywitać się.&lt;br /&gt; Zdzisiek był moim najlepszym kolegą. Kupił swoją WSKę wcześniej, niż ja SHLkę. To jego motocyklem jeździliśmy na zabawy do jednej, czy drugiej wsi. Razem kosiliśmy jego łąkę. Potem Zdzisiek ożenił się z dziewczyną, która przez jakiś czas pracowała razem z nami. Wkrótce to młode, szczęśliwe małżeństwo wyjechało do Olsztyna. Najpierw mieszkali w baraku obok stacji. Warunki były bardziej niż skromne, ale to nie zmniejszało ich szczęścia. Kiedy byłem w Olsztynie, to zawsze odwiedzałem ich w tym niskim, ponurym pomieszczeniu. Oni uważali jednak, że jest to ich intymny, mały kątek i na zmianę opowiadali o tym jak są bardzo szczęśliwi. Radość stała się jeszcze większa, kiedy urodziło się dziecko. Chyba wszyscy mieszkańcy baraku pomagali zapewnić opiekę maluchowi, bo przecież byli to tacy sami kolejarze, zatrudnieni na najniższych stanowiskach. &lt;br /&gt;Niestety, tak się ułożyło, że po przeprowadzeniu się do Giżycka na wiele lat straciłem kontakt z tamtą rodziną. Postanowiłem spotkać się z nimi ponownie, dopiero kiedy przestałem pracować i uzyskałem dla siebie więcej czasu. Dodzwoniłem się do mamy Zdziśka w Szczytnie i zamiast adresu uzyskałem informację, że mój kolega z lat młodości już nie żyje, że zmarła jego żona, a nawet córka odeszła z tego świata... Nie zobaczę już Zdziśka, nie ujrzę jego Janeczki. Byli tacy młodzi. Potrafili cieszyć się każdym drobiazgiem... Szczęście urwało się przed czasem. Pobyt całej trójki na tym świecie był wyjątkowo krótki...&lt;br /&gt;Dzisiejszy dyżur jest ostatni&lt;br /&gt;Nie wiem jak było z rówieśnikami, ale ja w tamtych latach chyba nie zauważałem jak mija czas, kiedy z dnia na dzień miałem obowiązek powracać do tej samej pracy i niezbyt ciekawych obowiązków. Nie podobała mi się coraz bardziej nie tyle sama praca, co niektóre obowiązujące rozwiązania, ale tak samo jak pozostali koledzy zdawałem sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie nic zmienić. Dopiero pod koniec kolejnego lata zgłosiłem bezpośredniemu zwierzchnikowi jakieś uwagi na ten temat. Nasza „rozmowa” stawała się coraz bardziej nerwowa. W efekcie skończyła się na tyle głośną awanturą, że słyszeli ją inni pracownicy. Zrozumiałem, że dalsza praca w Szczytnie nie będzie możliwa. &lt;br /&gt;Napisałem podanie o przeniesienie do Olsztyna. O takim rozwiązaniu myślałem co najmniej od kilku miesięcy. Miałem nadzieję, że na większej stacji będą większe możliwości awansu, albo chociaż podwyżek. „Rozmowa” z szefem przesądziła ostatecznie o tym, że zamiar przekształcił się w decyzję. Napisałem odpowiednio umotywowane podanie do Dyrektora, w Olsztynie. Oczywiście nie wspomniałem, iż ostatecznym bodźcem do podjęcia decyzji była kłótnia z bezpośrednim szefem. Wysłać podania za pośrednictwem poczty nie mogłem. Obowiązywała droga służbowa. Nie miałem innego rozwiązania, musiałem ponownie wejść do pokoju przełożonego, z którego wyszedłem nie tak dawno, po głośnej sprzeczce. Szef był spokojny, ale wyraźnie zdziwił się. &lt;br /&gt; Położyłem podanie na biurku informując, że jest to prośba skierowana do Dyrektora o przeniesienia do Olsztyna. Dodałem, iż moim zdaniem prowadzi do rozwiązania konfliktu najprostszą drogą. W odpowiedzi usłyszałem, że podanie, zostanie uzupełnione odpowiednią opinią i będzie przesłane zgodnie z prośbą. Nie próbowałem dowiadywać się, jaka będzie treść opinii, bo nie było ku temu odpowiedniej atmosfery, a ponadto nie miałem wątpliwości, że będzie pozytywna. Tą drogą zwierzchnik pozbywał się buntującego się pracownika, bez żadnych kłopotów.&lt;br /&gt;Odpowiedź otrzymałem bardzo szybko. Przeczytałem ją chyba kilka razy, bo nie mogłem uwierzyć, iż jest prawdziwa. Było to zaledwie kilka zdań, opatrzonych odpowiednimi pieczątkami i podpisem dyrektora. Krótkie, stanowcze pismo przekreślało moje marzenie o przeniesieniu się do Olsztyna. Musiałem zostać w Szczytnie, bo ...tego wymagało dobro PKP. Moje plany i marzenia nie miały żadnego znaczenia. Z odpowiedzi nie wynikało, że w Olsztynie zabraknie dla mnie pracy, ale jedynie to, że w Szczytnie beze mnie nie poradzą. Decyzja Dyrektora była ostateczna. Odwołanie nie przysługiwało. Nie mogłem pogodzić się z faktem, że będę zmuszony pracować ze zwierzchnikiem, z którym byłem skłócony, ale nie widziałem innego rozwiązania. &lt;br /&gt;Minęło zaledwie kilka dni, kiedy zostałem wezwany do szefa, a ten z uśmiechem wręczył mi telefonogram, informując, że jest to dokument z Dyrekcji, zaadresowany bezpośrednio do mnie. Bardzo zdziwiłem się, bo nie słyszałem, żeby Dyrekcja wysyłała imienne telefonogramy do pracowników. Zdziwienie wzrosło niewspółmiernie, bo przeczytałem, że zostałem oddelegowany do dalszej pracy na stacji Kętrzyn. Głośno zapytałem się kierownika, jak to mam rozumieć. Przecież zaledwie kilka dni wcześniej dostałem odpowiedź odmowną, ze stwierdzeniem, że bez mojej obecności Kolej nie poradzi w Szczytnie. Próbowałem dowiedzieć się, czy ktoś sobie wyobraża, że z Kętrzynem nie mam żadnego dogodnego połączenia, że na dojazd będę zmuszony poświęcić więcej czasu, niż na pracę i odpoczynek. Zwierzchnik, z takim samym uśmiechem jak poprzednio, spokojnie odpowiedział, że on tylko przekazał decyzję władz wyższych i już odpowiednio poprawił grafik dyżurów. Dzisiejszy mój dyżur jest ostatni, a o dalszej pracy mam rozmawiać z Kierownikiem w Kętrzynie.&lt;br /&gt; Tego nie mogłem przewidzieć w najgorszych wariantach. W następnym dniu zamiast do Kętrzyna pojechałem do Dyrektora w Olsztynie. Kiedy wreszcie dostałem się do gabinetu, to zamiast długich wyjaśnień, położyłem na biurku dwa dokumenty, czyli odpowiedź na swoje podanie, ze stwierdzeniem, że nie mogę być przeniesiony do Olsztyna, bo brakuje pracowników w Szczytnie oraz telefonogram wysyłający do dalszej pracy w Kętrzynie. &lt;br /&gt; Usłyszałem, że być może jest w tym pewna sprzeczność, ale dobro PKP wymaga, żebym teraz pracował w Kętrzynie. Jeśli to mi nie odpowiada, to mogę napisać podanie o zwolnienie, a jeśli nie wykonam polecenia służbowego, to będę zwolniony dyscyplinarnie. Być może po chwili jakaś inna myśl wpadła dyrektorowi do głowy, bo kazał chwilę poczekać, gdzieś wyszedł, a potem wrócił informując, że częściowo uwzględnia moją prośbę i zmienia swoją decyzję, w ten sposób, że oddelegowuje do pracy nie do Kętrzyna, lecz do Giżycka i na ten okres otrzymam prawo korzystania z pokoju gościnnego, który znajduje się bezpośrednio w budynku dworca PKP.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie miałem żadnego wyboru. Pojechałem do Giżycka i zgłosiłem się do Zawiadowcy Stacji. Był trochę zdziwiony, bo zbytnio o dodatkowego pracownika nie ubiegał się. Zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy dowiedział się, że jestem ze Szczytna, z którym nie ma dogodnego połączenia. Szczyt zdziwienia i zaskoczenia sięgnął zenitu, kiedy powiedziałem, iż mam zamieszkać w pokoju gościnnym. Ze słów Zawiadowcy wynikało, że o istnieniu pokoju wiedziało nieliczne grono osób, zatrudnionych na wyższych stanowiskach, w Dyrekcji. Początkowy gniew, że ktoś na stacji zdradził tajemnicę istnienia pokoju, stopniowo minął, kiedy dowiedział się, iż propozycję takiego rozwiązania problemu zaproponował osobiście Dyrektor. Na zakończenie powiedział uspokajająco, bardziej do siebie niż do mnie, że sezon już się skończył i widocznie z Dyrekcji w Olsztynie nikt nie planuje przyjechać do Giżycka, żeby skorzystać z uroków pięknego jeziora.&lt;br /&gt; Po kilku minutach Zawiadowca osobiście zaprowadził do tego „apartamentu”. Był to mały pokoik, najwyżej o powierzchni kilkunastu metrów. Nie było dostępu do kuchni. Nie było łazienki, a istniała jedynie możliwość korzystania z obskurnej, brudnej ubikacji, wspólnej dla kilku rodzin. Jeśli pracownicy Dyrekcji chętnie korzystali z tego pokoiku, to nie miałem najmniejszych powodów żeby narzekać. Zawiadowca skomentował, że w okresie poza sezonem letnim pokój przeważnie stoi pusty i faktycznie mogę w nim zamieszkać na czas delegacji. Później od szeregowych pracowników dowiedziałem się, że w okresie letnim pokój był ciągle zajęty przez osoby z Dyrekcji, pragnące spędzić urlop nad Niegocinem, na jakiejś łódce albo żaglówce.&lt;br /&gt;  Znalazłem się w Giżycku. Nie jeden raz oglądałem to miejsce na mapie, kilkakrotnie pragnąłem tu przyjechać na jakąś wycieczkę swoją SHLką, ale ciągle brakowało czasu. Chęć ujrzenia wielkiego jeziora i miasta położonego nad nim nie minęła, a teraz nadarzyła się okazja pobytu tu przynajmniej w ciągu kilku tygodni. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, że okres ten może być dłuższy. &lt;br /&gt;Może w tym miejscu wypada wspomnieć, że do tego momentu nadal mieszkałem z rodzicami i rodzeństwem w naszej małej wiosce. Najgorszy okres przeżywali rodzice i rodzeństwo w tym czasie, kiedy znalazłem się w wojsku, a bracia jeszcze chodzili do szkoły. Musieli jakoś przetrwać w oparciu o plony uzyskiwane z kilku hektarów piaszczystych pól. Warunki materialne nadal były ciężkie, lecz nawet w najtrudniejszych chwilach nie próbowaliśmy porównywać obecnej sytuacji z tym, co było za wschodnią granicą. Do tamtego nikt już nie tęsknił. Wiedzieliśmy, że wszystko odeszło bezpowrotnie, na zawsze.&lt;br /&gt; Kiedy dobiegło końca krótkie spotkanie z nowym zwierzchnikiem i zostało ustalone, w którym dniu i na którą godzinę mam się zgłosić do pracy, postanowiłem obejrzeć miasto, a przede wszystkim jezioro. W tym czasie panowała piękna bezwietrzna pogoda, było jeszcze dość ciepło, więc spacer był naprawdę przyjemny. Chociaż byłem raz, a może nawet dwa, nad morzem, a mówiąc dokładniej nad Zatoką Gdańską, to po raz pierwszy widziałem tak wielkie jezioro. Ogromna wodna powierzchnia, sięgająca gdzieś po horyzont była lekko sfalowana i tylko czasami sunęły po powierzchni ciemniejsze pasma bardziej wzburzonej wody. Na tyle mocno interesowałem się żeglarstwem, że wiedziałem, iż to mocniejszy powiew, zwany szkwałem, wybrał tamten szlak. Starałem się wyobrazić, jak wielkie fale przetaczają się przez jezioro i napływają na piaszczysty brzeg, kiedy dłuższy czas dmucha wiatr od strony prawie niewidocznego lądu, po drugiej stronie jeziora.&lt;br /&gt;Pragnąłem ujrzeć wielkie fale Niegocina i faktycznie ujrzałem je, ale dopiero po jakimś czasie. Zastanawiałem się, czy potrafiłbym prowadzić żaglówkę w takich warunkach. O zasadach żeglowania wiedziałem niemało w zakresie teoretycznym. Posiadałem też spore umiejętności praktyczne, ale na akwenie o znacznie mniejszej powierzchni, niż ten, który teraz rozpościerał się przed oczyma.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-7750604351404291676?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/7750604351404291676/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=7750604351404291676' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/7750604351404291676'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/7750604351404291676'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/01/stanowilimy-do-zgran-trjk.html' title='Stanowiliśmy dość zgraną trójkę'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-6974197366123308422</id><published>2007-01-14T17:51:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T18:16:16.592+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 2'/><title type='text'>Dzisiejszy dyżur jest ostatni</title><content type='html'>Nie wiem jak było z rówieśnikami, ale ja w tamtych latach chyba nie zauważałem jak mija czas, kiedy z dnia na dzień miałem obowiązek powracać do tej samej pracy i niezbyt ciekawych obowiązków. Nie podobała mi się coraz bardziej nie tyle sama praca, co niektóre obowiązujące rozwiązania, ale tak samo jak pozostali koledzy zdawałem sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie nic zmienić. Dopiero pod koniec kolejnego lata zgłosiłem bezpośredniemu zwierzchnikowi jakieś uwagi na ten temat. Nasza „rozmowa” stawała się coraz bardziej nerwowa. W efekcie skończyła się na tyle głośną awanturą, że słyszeli ją inni pracownicy. Zrozumiałem, że dalsza praca w Szczytnie nie będzie możliwa. &lt;br /&gt;Napisałem podanie o przeniesienie do Olsztyna. O takim rozwiązaniu myślałem co najmniej od kilku miesięcy. Miałem nadzieję, że na większej stacji będą większe możliwości awansu, albo chociaż podwyżek. „Rozmowa” z szefem przesądziła ostatecznie o tym, że zamiar przekształcił się w decyzję. Napisałem odpowiednio umotywowane podanie do Dyrektora, w Olsztynie. Oczywiście nie wspomniałem, iż ostatecznym bodźcem do podjęcia decyzji była kłótnia z bezpośrednim szefem. Wysłać podania za pośrednictwem poczty nie mogłem. Obowiązywała droga służbowa. Nie miałem innego rozwiązania, musiałem ponownie wejść do pokoju przełożonego, z którego wyszedłem nie tak dawno, po głośnej sprzeczce. Szef był spokojny, ale wyraźnie zdziwił się. &lt;br /&gt; Położyłem podanie na biurku informując, że jest to prośba skierowana do Dyrektora o przeniesienia do Olsztyna. Dodałem, iż moim zdaniem prowadzi do rozwiązania konfliktu najprostszą drogą. W odpowiedzi usłyszałem, że podanie, zostanie uzupełnione odpowiednią opinią i będzie przesłane zgodnie z prośbą. Nie próbowałem dowiadywać się, jaka będzie treść opinii, bo nie było ku temu odpowiedniej atmosfery, a ponadto nie miałem wątpliwości, że będzie pozytywna. Tą drogą zwierzchnik pozbywał się buntującego się pracownika, bez żadnych kłopotów.&lt;br /&gt;Odpowiedź otrzymałem bardzo szybko. Przeczytałem ją chyba kilka razy, bo nie mogłem uwierzyć, iż jest prawdziwa. Było to zaledwie kilka zdań, opatrzonych odpowiednimi pieczątkami i podpisem dyrektora. Krótkie, stanowcze pismo przekreślało moje marzenie o przeniesieniu się do Olsztyna. Musiałem zostać w Szczytnie, bo ...tego wymagało dobro PKP. Moje plany i marzenia nie miały żadnego znaczenia. Z odpowiedzi nie wynikało, że w Olsztynie zabraknie dla mnie pracy, ale jedynie to, że w Szczytnie beze mnie nie poradzą. Decyzja Dyrektora była ostateczna. Odwołanie nie przysługiwało. Nie mogłem pogodzić się z faktem, że będę zmuszony pracować ze zwierzchnikiem, z którym byłem skłócony, ale nie widziałem innego rozwiązania. &lt;br /&gt;Minęło zaledwie kilka dni, kiedy zostałem wezwany do szefa, a ten z uśmiechem wręczył mi telefonogram, informując, że jest to dokument z Dyrekcji, zaadresowany bezpośrednio do mnie. Bardzo zdziwiłem się, bo nie słyszałem, żeby Dyrekcja wysyłała imienne telefonogramy do pracowników. Zdziwienie wzrosło niewspółmiernie, bo przeczytałem, że zostałem oddelegowany do dalszej pracy na stacji Kętrzyn. Głośno zapytałem się kierownika, jak to mam rozumieć. Przecież zaledwie kilka dni wcześniej dostałem odpowiedź odmowną, ze stwierdzeniem, że bez mojej obecności Kolej nie poradzi w Szczytnie. Próbowałem dowiedzieć się, czy ktoś sobie wyobraża, że z Kętrzynem nie mam żadnego dogodnego połączenia, że na dojazd będę zmuszony poświęcić więcej czasu, niż na pracę i odpoczynek. Zwierzchnik, z takim samym uśmiechem jak poprzednio, spokojnie odpowiedział, że on tylko przekazał decyzję władz wyższych i już odpowiednio poprawił grafik dyżurów. Dzisiejszy mój dyżur jest ostatni, a o dalszej pracy mam rozmawiać z Kierownikiem w Kętrzynie.&lt;br /&gt; Tego nie mogłem przewidzieć w najgorszych wariantach. W następnym dniu zamiast do Kętrzyna pojechałem do Dyrektora w Olsztynie. Kiedy wreszcie dostałem się do gabinetu, to zamiast długich wyjaśnień, położyłem na biurku dwa dokumenty, czyli odpowiedź na swoje podanie, ze stwierdzeniem, że nie mogę być przeniesiony do Olsztyna, bo brakuje pracowników w Szczytnie oraz telefonogram wysyłający do dalszej pracy w Kętrzynie. &lt;br /&gt; Usłyszałem, że być może jest w tym pewna sprzeczność, ale dobro PKP wymaga, żebym teraz pracował w Kętrzynie. Jeśli to mi nie odpowiada, to mogę napisać podanie o zwolnienie, a jeśli nie wykonam polecenia służbowego, to będę zwolniony dyscyplinarnie. Być może po chwili jakaś inna myśl wpadła dyrektorowi do głowy, bo kazał chwilę poczekać, gdzieś wyszedł, a potem wrócił informując, że częściowo uwzględnia moją prośbę i zmienia swoją decyzję, w ten sposób, że oddelegowuje do pracy nie do Kętrzyna, lecz do Giżycka i na ten okres otrzymam prawo korzystania z pokoju gościnnego, który znajduje się bezpośrednio w budynku dworca PKP.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie miałem żadnego wyboru. Pojechałem do Giżycka i zgłosiłem się do Zawiadowcy Stacji. Był trochę zdziwiony, bo zbytnio o dodatkowego pracownika nie ubiegał się. Zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy dowiedział się, że jestem ze Szczytna, z którym nie ma dogodnego połączenia. Szczyt zdziwienia i zaskoczenia sięgnął zenitu, kiedy powiedziałem, iż mam zamieszkać w pokoju gościnnym. Ze słów Zawiadowcy wynikało, że o istnieniu pokoju wiedziało nieliczne grono osób, zatrudnionych na wyższych stanowiskach, w Dyrekcji. Początkowy gniew, że ktoś na stacji zdradził tajemnicę istnienia pokoju, stopniowo minął, kiedy dowiedział się, iż propozycję takiego rozwiązania problemu zaproponował osobiście Dyrektor. Na zakończenie powiedział uspokajająco, bardziej do siebie niż do mnie, że sezon już się skończył i widocznie z Dyrekcji w Olsztynie nikt nie planuje przyjechać do Giżycka, żeby skorzystać z uroków pięknego jeziora.&lt;br /&gt; Po kilku minutach Zawiadowca osobiście zaprowadził do tego „apartamentu”. Był to mały pokoik, najwyżej o powierzchni kilkunastu metrów. Nie było dostępu do kuchni. Nie było łazienki, a istniała jedynie możliwość korzystania z obskurnej, brudnej ubikacji, wspólnej dla kilku rodzin. Jeśli pracownicy Dyrekcji chętnie korzystali z tego pokoiku, to nie miałem najmniejszych powodów żeby narzekać. Zawiadowca skomentował, że w okresie poza sezonem letnim pokój przeważnie stoi pusty i faktycznie mogę w nim zamieszkać na czas delegacji. Później od szeregowych pracowników dowiedziałem się, że w okresie letnim pokój był ciągle zajęty przez osoby z Dyrekcji, pragnące spędzić urlop nad Niegocinem, na jakiejś łódce albo żaglówce.&lt;br /&gt;  Znalazłem się w Giżycku. Nie jeden raz oglądałem to miejsce na mapie, kilkakrotnie pragnąłem tu przyjechać na jakąś wycieczkę swoją SHLką, ale ciągle brakowało czasu. Chęć ujrzenia wielkiego jeziora i miasta położonego nad nim nie minęła, a teraz nadarzyła się okazja pobytu tu przynajmniej w ciągu kilku tygodni. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, że okres ten może być dłuższy. &lt;br /&gt;Może w tym miejscu wypada wspomnieć, że do tego momentu nadal mieszkałem z rodzicami i rodzeństwem w naszej małej wiosce. Najgorszy okres przeżywali rodzice i rodzeństwo w tym czasie, kiedy znalazłem się w wojsku, a bracia jeszcze chodzili do szkoły. Musieli jakoś przetrwać w oparciu o plony uzyskiwane z kilku hektarów piaszczystych pól. Warunki materialne nadal były ciężkie, lecz nawet w najtrudniejszych chwilach nie próbowaliśmy porównywać obecnej sytuacji z tym, co było za wschodnią granicą. Do tamtego nikt już nie tęsknił. Wiedzieliśmy, że wszystko odeszło bezpowrotnie, na zawsze.&lt;br /&gt; Kiedy dobiegło końca krótkie spotkanie z nowym zwierzchnikiem i zostało ustalone, w którym dniu i na którą godzinę mam się zgłosić do pracy, postanowiłem obejrzeć miasto, a przede wszystkim jezioro. W tym czasie panowała piękna bezwietrzna pogoda, było jeszcze dość ciepło, więc spacer był naprawdę przyjemny. Chociaż byłem raz, a może nawet dwa, nad morzem, a mówiąc dokładniej nad Zatoką Gdańską, to po raz pierwszy widziałem tak wielkie jezioro. Ogromna wodna powierzchnia, sięgająca gdzieś po horyzont była lekko sfalowana i tylko czasami sunęły po powierzchni ciemniejsze pasma bardziej wzburzonej wody. Na tyle mocno interesowałem się żeglarstwem, że wiedziałem, iż to mocniejszy powiew, zwany szkwałem, wybrał tamten szlak. Starałem się wyobrazić, jak wielkie fale przetaczają się przez jezioro i napływają na piaszczysty brzeg, kiedy dłuższy czas dmucha wiatr od strony prawie niewidocznego lądu, po drugiej stronie jeziora.&lt;br /&gt;Pragnąłem ujrzeć wielkie fale Niegocina i faktycznie ujrzałem je, ale dopiero po jakimś czasie. Zastanawiałem się, czy potrafiłbym prowadzić żaglówkę w takich warunkach. O zasadach żeglowania wiedziałem niemało w zakresie teoretycznym. Posiadałem też spore umiejętności praktyczne, ale na akwenie o znacznie mniejszej powierzchni, niż ten, który teraz rozpościerał się przed oczyma.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-6974197366123308422?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/6974197366123308422/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=6974197366123308422' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/6974197366123308422'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/6974197366123308422'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/01/dzisiejszy-dyur-jest-ostatni.html' title='Dzisiejszy dyżur jest ostatni'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-298546118594804238</id><published>2007-01-14T17:45:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T17:50:13.028+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 2'/><title type='text'>Częste halsowanie</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027692239461664514"&gt;&lt;img src="http://lh3.google.com/image/zeecen/RcXzdDUZxwI/AAAAAAAAASo/MWA8_iAWb7Y/s288/Gi%C5%BCycko_21.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, kiedy zacząłem marzyć na dobre, żeby popływać pod żaglami po Mazurskich jeziorach. Na pewno nie wtedy, kiedy w latach szkolnych, jeszcze w języku rosyjskim, z zachwytem wczytywałem się w różne marynistyczne przygody bohaterskich marynarzy, odkrywców, badaczy. Może takie myśli zaczęły rodzić się w głowie, kiedy wiedziałem, że przyjedziemy do Szczytna i oglądałem po raz kolejny mapę terenu, upstrzonego błękitnymi plamami jezior. Chęci nauczenia się żeglarstwa ukształtowały się ostatecznie, kiedy nasza rodzina znalazła się w tym mieście.&lt;br /&gt;Jeszcze przed wojskiem zapisałem się na kurs i z ogromną pasją wchłaniałem teorię, a ponadto zaprzyjaźniłem się z jednym członkiem klubu żeglarskiego i w wolnych chwilach razem z nim na „Omedze” podnosiłem poziom umiejętności praktycznych. Pływaliśmy jednak po jeziorku wielokrotnie mniejszym niż Niegocin. Nie mogło tam być wielkich fal, lecz brzeg zbliżał się szybko przy każdym kursie. Zmuszało to żeglarza do częstego halsowania i z tego powodu nauczyłem się kierować żaglówką chyba nie najgorzej. &lt;br /&gt;Teraz podziwiałem bezmiar wód jeziora, rozpostartego przede mną. Kiedy po raz pierwszy byłem nad jeziorem, nie było na nim fal, ale już wtedy próbowałem je wytworzyć w wyobraźni. Pierwszy mocniejszy wiatr spowodował, że znalazłem się nad Niegocinem i oglądałem z zachwytem, jak spienione grzywacze napływały na brzeg. Tamte podmuchy wiatru i plusk fal tkwiły jeszcze długo w pamięci. Widocznie fale Niegocina potrafiły i mogły oczarować. Być może, zawarta w nich jest taka potęga.&lt;br /&gt;Od najmłodszych lat obcowałem z przyrodą. Lubiłem lasy, wspaniale czułem się nad wodą. Podczas służby wojskowej spostrzegłem piękno gór, zarówno w porze letniej jak i w trakcie zimy. Nie mogę ukrywać, iż polubiłem je bardzo, ale nie pomyślałem nawet przez moment, że dla gór mogę porzucić Mazury. Zielone lasy i błękitne tafle jezior, których jeszcze na dobre nie zdołałem poznać, przyciągały i wzywały. Tylko tu mogłem znaleźć swoją drugą ojczyznę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz wiedziałem, że kilka tygodni spędzę w mieście nazywanym „Wodną Stolicą Polski”, nad jednym z piękniejszych jezior. Widziałem na wodzie białe żagle i zazdrościłem członkom załóg. Wyobrażałem jak wspaniałe jest prowadzenie jachtu na tak wielkiej przestrzeni, kiedy szum wiatru i plusk fal tworzą jedną melodię.&lt;br /&gt; Podczas swoich treningów w Szczytnie nigdy nie pomyślałem, że będę miał szansę żeglować po takim wielkim akwenie, jakim był Niegocin. Przeżywałem ogromną radość i nie czułem najmniejszego strachu, kiedy po raz pierwszy znalazłem się na środku Niegocina, na małej żaglówce, podczas dość mocnego wiatru. Wypłynąłem jako członek trzyosobowej załogi z doświadczonym żeglarzem. W pewnym momencie dostałem pozwolenie na sterowanie jachtem. Takie przeżycie, jeszcze kilka miesięcy temu, nie kwalifikowało się nawet do sfery marzeń. Na wielkim jeziorze, pośród wysokich fal byłem po raz pierwszy, ale żaglówką kierowałem spokojnie i pewnie. Wiatr i fale nie były straszne. Cieszyłem się, że trafiłem do Giżycka.&lt;br /&gt; Na stacji, podczas pierwszych godzin pracy, zapoznałem się z bardzo miłą panią Anią. Opowiadała o swoim mężu. Powiedziała, że już nie żyje, a potem dodała z dumą, iż był nieustraszonym żeglarzem, nie bał się wypłynąć na jezioro podczas największego wiatru, kiedy tylko nieliczni śmiałkowie decydowali się na taki krok. Smutek wywołany wspomnieniem, że nie ma przy sobie najbliższego człowieka, za moment odrzucała, a twarz ponownie rozjaśniał uśmiech oraz błyszczące, radosne oczy. Cała rozpromieniona, chciała wiedzieć koniecznie, czy też interesuję się wielką wodą, falami, żeglarstwem. Trudno było wyczuć, czego było więcej w słowach: „...Panie Zenku, a pan też lubi żeglarstwo?.. Szkoda, że mąż nie żyje, bo byście razem popływali, porozmawiali... On tak kochał to jezioro... to miasto...”&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Smutek i radość występowały na przemianę na twarzy, ale radość przeważała. Opowiadała o wszystkim z ogromnym entuzjazmem i prawie jednocześnie wyjaśniła, iż przyjechała ze Wschodu w 1945 roku, a za moment, obopólna nasza radość osiągnęła szczyt, kiedy okazało się, że oboje jesteśmy ze Stołpiec.&lt;br /&gt; Pani Ania urodziła się niedaleko od mego rodzinnego miasta, w miejscowości Mir, ale uczyła się w mojej szkole, w Stołpcach. Pani Ania twierdziła, ze to nie moja, a jej szkoła, bo uczyła się tam wcześniej, a ponadto szkołę wybudowały władze polskie. Dzieci w tamtych czasach rozmawiały w szkole po polsku.&lt;br /&gt; Musiałem opowiedzieć pani Ani o powojennych Stołpcach, o szkole która przypominała młodość. Było mi bardzo przyjemnie potwierdzić przewidywania tej rozradowanej osoby, że wszystko wskazuje na to, iż szkoła wygląda tak samo jak przed wojną, a dzieci tak samo głośno się śmieją i cieszą z byle powodu, tylko porozumiewają się innym językiem.&lt;br /&gt; Ta ostatnia informacja spowodowała, że radość na twarzy pani Ani gdzieś zniknęła, w oczach pojawiła się powaga. Po kolejnej mojej wypowiedzi, pani Ania zmartwiła się i zasmuciła na dobre, bo nie mogłem ukrywać, że w Stołpcach języka polskiego na ulicach nie słychać. Ten czas, kiedy była tam Polska, niestety przeminął, a ślady polskości prawie nie istnieją. Nie ukrywałem, że kościół w najpierw był wykorzystywany jako magazyn zbożowy, potem stał kilka lat zaniedbany, z odpadającymi tynkami, aż w końcu został rozebrany na rok przed naszym wyjazdem. Żeby poprawić nastrój Pani Ani przynajmniej częściowo, poinformowałem, że zburzony został pomnik Stalina, ale nie mogłem przemilczeć, że granitowy Lenin nadal stoi w centrum miasta. &lt;br /&gt; Usunięcie tylko jednego pomnika nie poprawiło humoru mojej rozmówczyni, stwierdziła, że taka zmiana nie ma żadnego znaczenia i ze smutkiem opuściła głowę. Po jakimś chwilowym wewnętrznym porządkowaniu poglądów ponownie uśmiechnęła się i stwierdziła, że będzie lepiej, jeśli opowiem o czymś przyjemniejszym. Poprosiła, żebym coś powiedział o Niemnie, czy nadal taki głęboki i czysty, czy tak samo spokojnie płynie między zielonymi brzegami. Oczywiście z największą chęcią zacząłem coś mówić na ten temat. Nie mogłem pominąć milczeniem momentu, kiedy w wodach Niemna omal nie utonąłem. Przy tym dowiedziałem się, że panią Anię też spotkała podobna przygoda, ale w innym miejscu, w pobliżu Stołpiec. Również w wodach Niemna omal nie utonęła.&lt;br /&gt;Już na początku spotkania poczułem wielką sympatię do tej pani, a głównym powodem był fakt, że spędziła młodość w tym samym mieście, może w szkole siedziała nawet w tej samej ławce. Nie bez znaczenia był też jej nieprzemijający optymizm w spojrzeniu na życie i na wszystko, co działo się wokół. &lt;br /&gt;Chwila zadumy, która pojawiła się na moment na twarzy pani Ani, znikała szybko. Widziałem uśmiech ponownie i ponownie słyszałem, że powroty do lat młodości są cudownym przeżyciem, ale dawna rzeczywistość nie wróci już nigdy, tak jak nie wróci młodość. Musimy pogodzić się z tym, że tamte tereny utraciliśmy na zawsze i swoje plany powinniśmy wiązać z miejscem, w którym mieszkamy obecnie. Potem musiała dodać, że młodzież, która urodziła się na tych terenach, nie interesuje się zbytnio tym, co jest tak bliskie dla nas, że młodzi nie zrozumieją nigdy naszych uczuć, z powodu utraty stron ojczystych. &lt;br /&gt;Po chwili milczenia stwierdzała, że miło było powspominać, ale teraz są inne czasy. Nie mamy Stołpiec, ale jest Giżycko, położone w centrum najpiękniejszego zakątka Polski. Dodała, że stąd już nigdzie nie wyjedzie, Giżycka nie opuści i tutaj zostanie na zawsze.&lt;br /&gt;Z tym samym uśmiechem słyszałem pytanie o tym, jak ja czuje się w Polsce, czy już się przyzwyczaiłem? Chciała wiedzieć jak się spodobało Giżycko, czy nie mam zamiaru tu pozostać na stałe, ale na ponawiane pytania na ten temat nie udzielałem uparcie żadnej odpowiedzi. Niczego nie wykluczałem, ale nadal traktowałem swój pobyt w mieście nad wielkim jeziorem jako okres przejściowy w życiorysie. Nie zrezygnowałem z zamiaru przeniesienia się do Olsztyna.&lt;br /&gt;Nie uzyskując odpowiedzi na swoje pytanie Pani Ania zaczynała opowiadać o tym, jak bardzo miasto było zniszczone po wojnie, jak się odbudowuje i z każdym rokiem staje się piękniejsze. Będąc tak bardzo zakochaną w mieście, widocznie pragnęła przekonać do swoich poglądów jeszcze jedną osobę i chyba uznała, że jestem odpowiednim kandydatem. Po jakimś czasie słyszałem ponownie: „... Panie Zenku, pan powinien zostać w Giżycku. Tutaj tyle ładnych dziewczyn, a ile wczasowiczek!..” Ale zaraz prostowała swoją wypowiedź, bo widocznie coś sobie przypomniała i stwierdzała, że nie ma sensu rozglądać się za wczasowiczkami, bo miejscowe dziewczyny są najładniejsze.&lt;br /&gt; W tym samym pokoju, ale przy innym biurku siedział zawsze uśmiechnięty Jasiek. (Był w moim wieku, ale niestety od kilku lat nie żyje). Przeważnie milczał przysłuchując się naszej rozmowie, ale czasami musiał zapytać się u pani Ani, czy pracuje na PKP, czy może przeniosła się do jakiegoś biura turystycznego i teraz reklamuje Giżycko, a może ponadto wzięła na siebie obowiązku swatki. Pytał się, czy zachwalając Giżycko i dziewczyny z tego miasta nie ma zamiaru doprowadzić do tego, żebym przedłużył swój pobyt, a potem został na stałe. Nie komentowałem tej wypowiedzi, bo lubiłem wszelkie żarty, a plany poważne układałem samodzielnie. &lt;br /&gt; Wiedziałem, że w Giżycku będę najwyżej kilka tygodni, ale z zaciekawieniem przyglądałem się nowemu zwierzchnikowi, współpracownikom. Pracą zbytnio nie przejmowałem się, ponieważ były to te same obowiązki, jakie pełniłem w Szczytnie. Wiedziałem, że nie będzie to trwało długo, bo z przeniesienia się do Olsztyna nie zrezygnowałem i zamierzałem w najbliższym czasie jeszcze raz udać się do Dyrektora z prośbą o ponowne rozpatrzenie mego podania. Zdawałem sobie sprawę, że na większej stacji będą większe możliwości i być może przestanę liczyć worki, potłuczone butelki, połamane skrzynki. &lt;br /&gt;Myśli moje nadal krążyły wokół tego tematu. Nie obchodziło mnie zbytnio, czy Giżycko jest ładnym miastem i czy są tu najładniejsze dziewczyny. Najładniejsza dziewczyna, którą dotychczas znałem, mieszkała w Szczytnie, ale tak niezdarnie starałem się o jej względy, że już była mężatką. Po tej stracie, wszystkie inne panny stały się dla mnie obojętne. Nie potrafiłem wyobrazić żadnej obok siebie, na stałe. Pojawiły się jakieś nadzieję, że z tej zapaści wyleczy mnie miła Celinka, z którą spędzałem coraz więcej godzin, z którą czasami odważyłem się rozmawiać o wspólnej przyszłości. Po pewnym czasie łączyło nas coś, czego już nie można było nazwać zwykłą przyjaźnią. Taki stan dziwnego ociągania się i oczekiwania trwał dość długo, ale rozstanie nastąpiło nieoczekiwanie szybko, kiedy rozdzieliła nas odrobinę większa przestrzeń.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-298546118594804238?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/298546118594804238/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=298546118594804238' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/298546118594804238'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/298546118594804238'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/01/czste-halsowanie.html' title='Częste halsowanie'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-2284147661803940926</id><published>2007-01-14T17:40:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T17:43:21.567+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 2'/><title type='text'>Szum fal Niegocina</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027693940268713954"&gt;&lt;img src="http://lh3.google.com/image/zeecen/RcX1ADUZx-I/AAAAAAAAAUY/ltiJQ60zIYY/s288/Gi%C5%BCycko_25.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już po pierwszych dniach pracy w nowym miejscu zauważyłem, że nie było tu tego pośpiechu, jaki dość często występował w Szczytnie. Czas płynął wolniej, starczało go na wykonanie wszystkich obowiązków, chociaż zdarzały się momenty spiętrzenia zadań. Ponadto, pomimo że w obu miastach obowiązywały te same zasady i przepisy, wyczułem tu jakąś inną, bardziej rodzinną atmosferę. Kierownik zwracał się do pracowników naszej małej komórki na „ty” i nie wiem do dzisiaj, czy należało to traktować jako odzywkę koleżeńską, bo większość podwładnych było w jego wieku, czy to była forma „ojcowska”. Tylko do pani Ani mówił „pani Aniu”, a do mnie „pan Zenek”. &lt;br /&gt;Nie zastanawiałem się, jaki był tego powód. Może różnice wynikały z faktu, że Szczytno zaliczało się do stacji węzłowych, a Giżycko jedynie do przelotowych, bo odgałęzienia do Kruklanki chyba nie tworzyło ze stacji węzła. Może przyjemniejsza atmosfera w Giżycku wynikała z faktu, że chyba zdecydowana większość zatrudnionych osób pracowała tu razem, od zakończenia wojny. Przyjechali do obcego miasta z okolic Wilna, być może w tym samym transporcie. Od pierwszych dni wspierali się wzajemnie, pamiętali zrujnowane domy, razem uruchamiali pierwsze pociągi. &lt;br /&gt;Może jednak było tu przyjemnie najbardziej z tego powodu, że chociaż tuż za oknami naszej Ekspedycji ciągnęły się tory, to wzrok sięgał dalej i zatrzymywał się na lśniącej w słońcu tafli Niegocina. Większe wiatry niosły stamtąd szum fal.&lt;br /&gt;Pracy w Giżycku nie miałem więcej niż w Szczytnie, bo i miasto było mniej więcej takiej samej wielkości - do 20 tys. mieszkańców. Odniosłem jednak wrażenie, że było tu więcej zakładów pracy, w tym kilka dość dużych. Dowiedziałem się również, że w pierwszych latach po zakończeniu wojny, do Giżycka nie docierało tylu „szabrowników”, ile przyjeżdżało do miast na południowych krańcach Mazur. O jednym takim przypadku opowiadali kolejarze w Szczytnie. Musiała to być prawda, bo opowieść słyszałem z kilku ust, a co najmniej jeden raz był przy tym obecny również główny bohater wydarzeń - zadowolony z siebie pan Tadeusz. &lt;br /&gt;Na stację zgłosiło się dwóch albo trzech mieszkańców Kurpiowszczyzny z prośbą o podstawienie wagonu na przewiezienie jakiegoś rolniczego sprzętu. Któryś z kolejarzy uśmiechnął się znacząco i powiedział, że „jak się da, to się zrobi...” Nie musiał powtarzać tych słów po raz drugi, bo w odpowiedzi usłyszał, że „krzywdy nie będzie” i już po chwili mieszana grupa cywili i kolejarzy udała się na rampę. Kolejarze pokazali wagon, do którego można załadować dobytek i wszyscy znaleźli się w jego ustronnym, zacisznym wnętrzu.&lt;br /&gt;Wtedy jeden z klientów sięgnął do wielkiej torby i wyciągnął litrową butelkę z tak dobrze znanym płynem, wyjął też spory bochenek chleba i kiełbasę „swojej roboty”. Twarze kolejarzom pojaśniały, ale jednocześnie spojrzeli pytająco jeden na drugiego, kiedy dowiedzieli się, że „kupcy” nie mają żadnego „szkła”. Okazało się, że kolejarze też byli na tyle roztargnieni, że żaden nie pamiętał o „musztardówce”, tak niezbędnej podczas załatwiania podobnych transakcji.&lt;br /&gt;Wtedy ktoś śpieszący się do swoich obowiązków, albo być może bardziej zniecierpliwiony stwierdził, że szkoda czasu na zbędne dyskusje i zaproponował żeby częstować się bezpośrednio z butelki. Dodał przy tym, że nikt nie wygląda na chorego, a ponadto wyjaśnił, iż alkohol zabija wszelkie zarazki. Butelka znalazła się w rękach któregoś kolejarza, ale widocznie niezbyt doświadczonego, bo chwilę stał bezradnie i rozglądał się po bokach, jakby czekał na dalsze instrukcje. &lt;br /&gt;Kolega, stojący obok, o sylwetce atlety, widocznie miał dość tego ociągania się, bo zdecydowanie oświadczył, że może zacząć pierwszy. Potem sięgnął po butelkę... Była duża i ciężka i chyba dlatego dobrze ułożyła się w jego potężnej dłoni. Uśmiechnął się, kiedy wyczuł na sobie wzrok całej grupy, powtórzył jeszcze raz, że szkoda czasu. Następnie stanął mocno w rozkroku, zakręcił butelką i odchylając mocno głowę do tyłu, umieścił ją, odwróconą dnem do góry, nad otwartymi ustami. Wyprostował się i opuścił rękę z pustym naczyniem, kiedy już nic nie kapało. Jeszcze stał równo i potrafił nadal uśmiechać się, a chwilową ciszę przerwał słowami, które skierował do amatorów lekkiego zarobku. Powiedział, żeby wyjęli z torby poczęstunek dla pozostałych kolegów, bo pierwsza butelka jest już pusta. &lt;br /&gt;Na te słowa któryś szabrownik zdjął czapkę z głowy i ze słowami: „... a kto was napoi...” rzucił kolejarzom pod nogi. Potem odwrócił się i poszedł przed siebie. Pozostali nie rzucili czapek, ale poszli w ślad za nim, ze spuszczonymi głowami. Koledzy pana Tadka nie poznali smaku dobrze znanego płynu „swojej roboty”, a on w tym dniu nie wypowiedział już żadnego komentarza. Pracować nie mógł, ale zdołał o własnych siłach dojść do drewnianego pudła wagonu towarowego, pozbawionego kół i ustawionego na specjalnym fundamencie. Pomieszczenie to, przesycone odurzającymi oparami z czarnych ubrań roboczych, nasiąkniętych smarami, służyło za schronisko dla drużyn manewrowych. Spał tam wiele godzin nie przejmując się niczym.&lt;br /&gt;Praca w Ekspedycji towarowej przebiegała znacznie spokojniej, niż to miało miejsce w Szczytnie, ale nadal czułem się tu pracownikiem zatrudnionym na okres przejściowy i wiedziałem, że w którymś dniu Giżycko opuszczę. Niezależnie od tego z dnia na dzień, a mówiąc dokładnie z tygodnia na tydzień, odkładałem wyjazd do Dyrektora. Przyjmował pracowników raz w tygodniu, jeśli dobrze pamiętam w piątki, a one mijały szybko, jeden za drugim. Raz nie mogłem wyjechać, bo właśnie w tym dniu pracowałem, drugi raz nie pojechałem bez żadnego powodu. &lt;br /&gt;Do Olsztyna nie jechałem, ale co raz częściej zaglądałem do kasy biletowej, szczególnie kiedy dyżur miała tam wysoka, szczupła dziewczyna, która miała w sobie coś z cyganki. Przebywałem z nią coraz dłużej i częściej i chyba zacząłem zapominać o wyjeździe do Dyrektora z zamiarem ponowienia swej prośby. Potem usłyszałem od zwierzchnika: „... Panie Zenek, jeśli Panu tak bardzo nie śpieszy się do domu, to może Pan jeszcze popracować u nas...” &lt;br /&gt;Potem dość szybko moje życie uległo radykalnej zmianie, bo spotkania z Danką z dnia na dzień stawały się dłuższe i bardziej bliskie, a po kilku kolejnych tygodniach kawalerski etap mego życiorysu pozostał tylko we wspomnieniach. Na okres przejściowy zamieszkaliśmy u rodziców żony, na wsi. Nie zdążyliśmy jeszcze dokładnie zastanowić się nad tym, gdzie będziemy mieszkać w przyszłości, jak otrzymaliśmy propozycję przeniesienia się do Lidzbarka Warmińskiego. Dyrektor proponował mieszkanie służbowe oraz prace dla mnie i żony.&lt;br /&gt;Wtedy, bez większej dyskusji i najmniejszych wątpliwości, postanowiliśmy wspólnie, że nigdzie nie pojedziemy. Kiedy wracam myślami do tamtej chwili, to w żaden sposób nie mogę znaleźć jakichkolwiek rozsądnych argumentów, przemawiających na korzyść podjętej decyzji, po której dalsze lata życia zostały związane z Giżyckiem, a nie z Lidzbarkiem. Może wypadało wtedy tamto miasto przynajmniej odwiedzić, obejrzeć. Mieliśmy przecież darmowe bilety.&lt;br /&gt;Regułą było, że mieszkania kolejowe znajdowały się w budynku dworca albo w pobliżu stacji. Praca byłaby praktycznie na miejscu, być może nawet do emerytury. Nie istniałby problem dojazdów. Uzyskalibyśmy znacznie korzystniejsze warunki niż te, które mieliśmy zostając w Giżycku. Ponadto, chociaż Lidzbark leżał poza terenem Mazur, to przez miasto płynęła Łyna, w jakimś stopniu przypominająca Niemen, a w Giżycku nie było żadnej rzeki. Z propozycji zwierzchnika jednak zrezygnowaliśmy. Czy to fale Niegocina miały taki wpływ?&lt;br /&gt;W efekcie zamieszkaliśmy na wsi, z rodzicami żony i pięć lat dojeżdżaliśmy do pracy, czaszami czekając na opóźnione pociągi po kilka godzin. Nie istniała możliwość uzyskania mieszkania służbowego. Mogliśmy liczyć jedynie na spółdzielcze z obowiązującym wkładem własnym, na który musieliśmy zaciągnąć pożyczkę. &lt;br /&gt;Mijały miesiące, a praca, którą wykonywałem podobała się coraz mniej. Żona również znalazła argumenty na to, bym rozstał się z PKP. Byliśmy zgodni, że nadszedł najwyższy czas, żebym poszukał sobie innego zajęcia. Co prawda kierowaliśmy się nieco odmiennymi argumentami, ale cel był ten sam. Po zrezygnowaniu z wyjazdu do Lidzbarka wiedziałem, że szansa na awans jest nikła. Ponadto zaczynało nudzić wykonywanie tych samych, nadmiernie prostych i łatwych czynności. Pragnąłem przyjąć na siebie obowiązki nie ograniczone tak ściśle szczegółowymi instrukcjami, stwarzające możliwości wyboru z alternatywnych rozwiązań, dające szanse na samodzielne myślenie i decydowanie. Chciałem mieć pracę stwarzającą nowe, za każdym razem inne wezwania. &lt;br /&gt;Byłem przekonany, że na Kolei na taką pracę możliwości już nie mam, a ponadto w tym czasie dość powszechna była opinia, że na Kolei zostają sami nieudacznicy, bo „kto ma w głowie olej - ten omija Kolej”. Pod tym względem w naszym małżeństwie istniały prawie identyczne poglądy, tak samo jak wcześnie, kiedy postanowiliśmy zrezygnować z Lidzbarka i pozostać w Giżycku. Nie miałem wątpliwości - musiałem sobie znaleźć jakąś inną pracę...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-2284147661803940926?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/2284147661803940926/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=2284147661803940926' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/2284147661803940926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/2284147661803940926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2007/01/szum-fal-niegocina.html' title='Szum fal Niegocina'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-3688701176215396028</id><published>2006-12-14T19:04:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T19:06:33.550+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 3'/><title type='text'>Gdzie szumią fale Niegocina</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027693940268713954"&gt;&lt;img src="http://lh3.google.com/image/zeecen/RcX1ADUZx-I/AAAAAAAAAUY/ltiJQ60zIYY/s288/Gi%C5%BCycko_25.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Zanim nadszedł czas poszukiwania nowej pracy, był etap podczas którego zapoznawałem się z miastem. Moje zamiłowanie do pieszych wędrówek powodowało, że nawet podczas zwiedzania Warszawy, do której byłem zaproszony przez wujka Witka i ciotkę Helenę, rzadko korzystałem z tramwajów i autobusów. Podobnie, podczas służby wojskowej w Krakowie i Bielsku-Białej, starałem się wychodzić na przepustki z kolegami, którzy lubili tak samo piesze spacery. Nawet nie podejrzewałem, że po Giżycku, w tamtych latach, można było poruszać się inaczej. Nie miałem wątpliwości, że nie muszę szukać żadnego autobusu, a przemieszczając się bez pośpiechu na własnych nogach zobaczę znacznie więcej. Gdyby autobus kursował po mieście, to dokąd bym miał nim jechać? Do jakiejś sąsiedniej wsi, czy do tak zwanej dzielnicy „przemysłowej”?  W pierwszych dniach swego pobytu w nowym mieście jeszcze nawet nie wiedziałem, że taka dzielnica istnieje, ale wkrótce nie tylko ta informacja przestała być dla mnie czymś niezwykłym.&lt;br /&gt;Jednym z obowiązków w nowym miejscu pracy było uczestniczenie na wszystkich Sesjach Miejskiej Rady Narodowej, a na każdej dowiadywałem się czegoś nowego z zakresu funkcjonowania miasta. Pamiętam, jak na jednej z nich, Przewodniczący osobiście przemawiał z trybuny i poinformował radnych oraz zaproszonych gości, że władze miejskie, wychodząc na spotkanie klasie robotniczej, a zwłaszcza pragnąc ułatwić życie kobietom, podjęły jakże ważną decyzję, bo zakupiły kilka autobusów i już uruchomiły pierwszą linię komunikacji miejskiej. Od tego dnia panie, które pracują w najdalej położonych zakładach, nie muszą pedałować na swoich rowerkach w słocie i deszczu, nie będą marznąć podczas zimowych zamieci. Przypomniał, że największe zakłady, zatrudniające po kilkaset osób, są oddalone od centrum miasta aż o kilka kilometrów. Są to Zakłady Rybne, z jednej strony miasta, i Wytwórnia Pieczywa Cukierniczego, z drugiej strony, tuż przed Wilkasami. W chwili obecnej, kiedy piszę te wspomnienia, oba zakłady nie istnieją. Mijający czas dokonał zmian, które w tamtych latach nie mogły się zrodzić w żadnym umyśle.&lt;br /&gt;Bezpośrednio w Wilkasach, niewielkiej miejscowości tuż za granicami miasta, w tamtych latach znajdował się wielki zakład, który zatrudniał ponad tysiąc osób. Nosił najpierw zagadkową nazwę „A-23”. Okazuje się, że nie produkowano tam żadnej tajemniczej „A-paratury”, a tylko różnego typu lampy oświetleniowe. Zaszyfrowana nazwa istniała być może jedynie z tego powody, że znaczny procent wyrobów był eksportowany do ówczesnego Związku Radzieckiego. Potem, widocznie ktoś doszedł do przekonania, że społeczeństwo stało się już na tyle świadome i odpowiedzialne, że można nie ukrywać przed nim tego faktu i zezwolił na zmianę nazwy zakładu. Od pewnego dnia ci sami pracownicy, przekraczając tę samą bramę portierni wchodzili na teren Zakładów Sprzętu Oświetleniowego w Wilkasach. Ktoś powiedział, że teraz Zakład zaczął nazywać się bardziej normalnie, nazwa stała się bez porównania przyjemniejsza dla ucha. Może miał częściowo rację, ale powinien był pamiętać, że początki nowego systemu budowano w wyjątkowo napiętej sytuacji.&lt;br /&gt;Trochę wybiegłem ze swoimi wspomnieniami do przodu, ale widocznie dopiero teraz doceniłem jak wiele zależy od osób, które zajmują ważne stanowiska, na różnych szczeblach zarządzania krajem. Pozwala to im na podejmowanie najróżniejszych decyzji, przeważnie dotyczących dziesiątków innych osób, pozbawionych takiej możliwości. Decyzja o zakupie autobusów ulżyła kobietom, a one wyrażając swoją wdzięczność władzy, mogły teraz pracować jeszcze wydajniej dla dobra ojczyzny. Decyzja o zmianie nazwy zakładu pracy, mimo z pozoru błahej i mało istotnej, miała ogromny wpływ na psychiczne samopoczucie załogi, a więc, w końcowym efekcie, również decydowała o wydajności pracy. Teraz setki robotników, mogło spokojnie prowadzić rozmowy z podobnymi sobie kolegami, z innych przedsiębiorstw państwowych, przy kuflu piwa. Już nikt nie musiał udawać, że nie wie, co się w jego zakładzie produkuje i dokąd jest wysyłane. Każdy mógł być szczery i nie obawiać się żadnych konsekwencji za zdradę tajemnicy zakładowej, noszącej rangę tajemnicy o znaczeniu państwowym, a może nawet decydującej o potędze i bezpieczeństwie całego układu zaprzyjaźnionych państw. Poprzednia nazwa tworzyła mit tajemniczości i była być może jednym z drobnych elementów minionego okresu „nieprawidłowości i wypaczeń”. Ale przecież władze partyjne i państwowe we własnym zakresie dokonały niezbędnej krytyki i samokrytyki oraz zapewniły społeczeństwo, że podobne przypadki nie będą miały więcej miejsca. &lt;br /&gt;Z powodu nadmiernego zastanawiania się nad różnego rodzaju konsekwencjami, wywołanymi najróżniejszymi decyzjami wysoko postawionych osób, wysunąłem się w swym pisaniu niepotrzebnie zbyt daleko do przodu. Widocznie zapomniałem, że próby wysuwania się w tamtych latach nie były mile widziane. Każdy powinien był znać swoje miejsce w szeregu i sumiennie wykonywać powierzone obowiązki. Tylko kolektyw mógł zauważyć wybitną osobę i zarekomendować ją na bardziej odpowiedzialne stanowisko, do awansu, albo jeszcze gdzieś wyżej, na przykład na radnego lub nawet na posła. W dzisiejszych czasach o tamtej, uniwersalnej regule zapomnieli nawet ci, którzy wtedy ją tak usilnie propagowali. Nie musieliśmy czekać długo na efekty takiej beztroski. Teraz powstało taka ilość różnorodnych partii, że przywódcy niektórych nie potrafią czasami odróżnić programu własnego od konkurencyjnego. Rodzą się coraz inne pomysły na nazwy, a tylu jest chętnych do kierowania całym państwem, że niechcący przypomina się jedno z haseł przywódcy, którego myśli miały być wiecznie żywe, że w nadchodzącej erze powszechnej równości i dobrobytu każda kucharka będzie mogła rządzić państwem.&lt;br /&gt;Jak się obecnie obserwuje i słucha niektórych przedstawicieli narodu, wybranych do najbardziej uprzywilejowanej grupy, w której można dużo mówić - przeważnie o niczym, za nic nie odpowiadać i brać duże pieniądze, to rodzi się myśl, że w naszym kraju są już kucharki wśród najwyższych władz i często podejmują decyzję nawet na te tematy, o których słyszą po raz pierwszy. Rozstrzygają też o najróżniejszych innych sprawach rangi państwowej, a przede wszystkim o podziale pieniędzy i pracy między obywatelami kraju. Umiejętności swoje potrafili podnosić wyjątkowo szybko i już wkrótce nauczyli się czynić to tak doskonale, że w ręce osób zajętych ciężką pracą nie trafia zbyt wiele złotówek. Płyną one przeważnie do rąk wolnych od pracy. Osoby te dość często ukazują swoje twarze w telewizji, informują społeczeństwo, że osiągają szczyty zadowolenia ze swojej działalności i będą tym dłużej szczęśliwi, im dłużej pozostaną na wysokich stanowiskach.&lt;br /&gt;Znowu coś nie na temat. Brakuje mi jednak systematyczności. Ciągle schodzą na boczne „tory”, zamiast postępować zgodnie z wcześniejszym planem. Może powodem tych dygresji jest to, iż mam zamiar pisać o pracy w instytucji, w której o „torach” prawie nic nie wiedzieli, a na dodatek tak naprawdę zacząłem pisać bez żadnego planu, bo jakiż plan może sobie opracować początkujący emeryt. W tamtym roku, o którym teraz wspominam, miałem do emerytury jeszcze bardzo daleko. Nie potrafiłem siebie w takiej roli wyobrazić, chociaż o przyszłości wiedziałem bardzo dużo i to nie podstawie własnej wyobraźni, ale w oparciu o rzetelne informacje środków masowego przekazu i zapewnienia najważniejszych przywódców. Wiedziałem, że dobrobyt zbliża się znacznie szybciej, niż przybywa lat memu pokoleniu. Nie miałem wątpliwości, że ujrzę go wcześniej, niż rozpocznę swój wiek emerytalny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-3688701176215396028?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/3688701176215396028/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=3688701176215396028' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/3688701176215396028'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/3688701176215396028'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2006/12/gdzie-szumi-fale-niegocina.html' title='Gdzie szumią fale Niegocina'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-7969823164039245569</id><published>2006-12-14T19:02:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T19:04:25.508+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 3'/><title type='text'>Dziewczyny w mini</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027695769924782322"&gt;&lt;img src="http://lh5.google.com/image/zeecen/RcX2qjUZyPI/AAAAAAAAAWg/vw4d2ED-rp4/s288/Gi%C5%BCycko_53.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale wtedy, na pierwszym spacerze po mieście, w którym zatrzymałem się na krótko, a zostałem na długo, wiedziałem jedynie, że jest siedzibą powiatu, mniej więcej takiej samej wielkości, jak kilka innych podobnych miast w naszym województwie. Jedynie Olsztyn, jako centrum wszystkich władz wyższego szczebla, był znacznie większy od dowolnego innego miasta Warmii i Mazur. Dość szybko przekonałem się, że Giżycko niczym szczególnym nie wyróżnia się w stosunku do dobrze znanego mi Szczytna. Natomiast Ełk wydał się znacznie większy, kiedy wraz z innymi żołnierzami dywizji powietrzno – desantowej maszerowałem jego główną ulicą, latem 1961 roku. Nam się wtedy wydawało, że uśmiechnięte dziewczyny, w sukieneczkach mini, z zachwytem patrzą na nasze wysportowane sylwetki i czerwone berety, dumnie zsunięte na bok. Czy któraś tamta dziewczyna pamięta nas jeszcze?&lt;br /&gt;Giżycko poznałem prawie dziesięć lat później, niż podziwiałem dziewczyny z Ełku, ale do dnia dzisiejszego granice miasta nie uległy zmianie, chociaż niektóre dzielnice i osiedla zmieniły się tak, że trudno je poznać. Mimo że przebieg głównych ulic nie uległ zmianie, to ich otoczenie, na niektórych odcinkach, jest całkiem inne. Wtedy zdążyłem zauważyć, że zabudowa mieszkaniowa i nieliczne sklepy są jedynie w centralnej części miasta. Potem ulice przekształcały się dość szybko w pozamiejskie drogi, chociaż nie prowadziły gdzieś w pole, a do podobnych miast powiatowych. Bez ryzyka popełnienia większego błędu można było stwierdzić, że zbytnie oddalanie się od centrum nie miało żadnego sensu.&lt;br /&gt;Nie musiałem spacerować po mieście zbyt długo, żeby się przekonać, że całkiem inaczej to wyglądało przynajmniej w jednym kierunku. Dziwne, ale tamta piękna ulica, raczej aleja, praktycznie już nie istnieje, a przecież jeszcze tak niedawno była dumą mieszkańców, zachęcała do długiego spaceru, bo prowadziła do pobliskiego lasu, zwanego lasem miejskim. Już na jego skraju widziało się potężne dęby, a kilkaset metrów dalej poziom zaciekawienia wyraźnie wzrastał, bo wzrok spostrzegał lustrzaną powierzchnię dwóch stawów o długiej, dość zmiennej linii brzegowej. Sama przyroda ukształtowała to miejsce w ten sposób, że stawy wpisały się w istniejące zagłębienie terenu. Wysokie drzewa otaczały je ze wszystkich stron, w niektórych miejscach zbliżały się bezpośrednio do wody, niby z zamiarem obejrzenia własnego odbicia na tle błękitnego nieba. Przy jednej ze ścieżek, biegnącej w pobliżu brzegu, znowu pojawiały się dęby. Powykręcane grube konary nie drgały nawet na silnym wietrze. &lt;br /&gt;Stawy były efektem spiętrzenia wody na leśnym strumyku. Szum wody, spadającej z niewielkiej betonowej zapory, przy odrobienie wyobraźni, można było łatwo przekształcić w odgłos wielkiego wodospadu, szczególnie wtedy, kiedy nie było wiatru i w lesie panowała cisza. Ale na dół pod drzewa wiatr docierał rzadko, nawet jeśli poza lasem dmuchało mocno. Być może nie miał zamiaru schodzić tak nisko, w leśną gęstwinę, żeby później nie mieć problemów z jej opuszczeniem. O swojej obecności informował najczęściej poprzez szum chwiejących się wierzchołków, kiedy przepływał nad nimi w sobie tylko znanym kierunku. &lt;br /&gt;Być może ktoś, tak samo jak ja, mógł uznać trasę do stawów i nad ich brzegami za nazbyt krótka, tym bardziej, że do dalszej wędrówki zachęcały najróżniejsze ścieżki i dróżki, prowadzące gdzieś dalej w głąb lasu. Rozchodziły się one we wszystkich kierunkach, krzyżowały pod różnym kątem. Jeśli chciało się iść dalej, to otwarty pozostawał jedynie problem odpowiedniego wyboru, bo szlak mógł prowadzić czasami po szczytach dość stromych pagórków, czasami je omijając, albo obok wilgotnych dolinek, tam gdzie nawet podczas letnich upałów woda nie wysychała do końca. Strumyk szemrzący w głębokim korycie zachęcał, żeby podjąć wędrówkę nad jego brzegami, do źródeł.&lt;br /&gt;Zimą las nie tracił swego uroku, a potrafił dać coś, czego nie było latem. Tylko zimą, podczas mrozów narty sunęły lekko po nieskazitelnie białej warstwie, tylko zimą na gałązkach gęstych świerków, rosnących przy drodze, śnieg leżał jak grube pulchne okrycie i delikatnie trącony osypywał się łatwo na głowę, na plecy, za kołnierz.&lt;br /&gt;Ale jeśli ktoś nie miał chęci, albo siły żeby iść bezpośrednio do lasu, ani zimą, ani w lecie, to mógł zadowolić się jedynie spacerem pod szpalerem gęsto rosnących lip, w granicach miasta. Posadził je ktoś jeszcze przed wojną, w trzech równoległych rzędach, ze specjalną ścieżką dla pieszych i rowerów. Nie docierał tu żaden huk przejeżdżających gdzieś dalej samochodów, nie istniało zagrożenie oddychania ich spalinami. Panowała cisza i zapach kwitnących lip, które tworzyły łagodny cień i w ciągu całego dnia utrzymywały orzeźwiający chłodek, nawet podczas lipcowych upałów.&lt;br /&gt;Nawet bez specjalnego nastawiania uszu, dało się słyszeć radosne brzęczenie setek pszczół, które być może chciały w ten sposób zapewnić każdego spacerowicza, że zbiorą dostateczną ilość słodkiego nektaru, żeby zarówno młodzi jak i starsi mogli podczas styczniowych zamieci i lutowych mrozów ogrzać się przyjemnie szklanką gorącej herbaty, posłodzonej aromatycznym, lipcowym miodem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stare drzewa najpiękniejszej alei miejskiej nie wytrzymały jednak naporu rozrastającego się miasta. Najpierw przegrodziła ją nowa szkoła, potem pierwsza ulica..., następnie druga..., trzecia i w dniu dzisiejszym zostały jedynie fragmenty dawnego, pięknego ciągu spacerowego. Już nikt młody nie jest w stanie wyobrazić jak tu było przed laty. Ale w tamtym okresie nie dało się przewidzieć, że nastąpią w tym miejscu tak wielkie zmiany i to w wyjątkowo szybkim tempie. Tak samo nie dało się przewidzieć, że już za parę lat znikną i te nieliczne domy jednorodzinne, wybudowane jeszcze przed wojną, rozrzucone dość luźno na obszernym terenie, usytuowanym w kierunku południowo-wschodnim od lipowej alei. W okresie wiosennym można było widzieć jedynie ich czerwone dachy, wystające nad jednolitym, białym morzem kwiatów wysokich drzew owocowych. &lt;br /&gt;Rozrastające się miasto nie kierowało się jednak żadnymi sentymentami. Domy zostały zburzone. Być może ktoś wykorzystał część materiałów, może zdążył zebrać całe cegły i wbudować ponownie w jakiś mur, zanim stojące w pogotowiu ciężkie spychacze zepchnęły resztę „gruzu”, wyrównując teren. Potrzeby miasta były tak ważne i pilne, że prace rozpoczęto prawie natychmiast po podjęciu decyzji. Stało się to wszystko na początku maja, kiedy cała przyroda z radością budzi się do nowego życia. Właśnie w tym okresie stare drzewa wisien i jabłoni były usypane białym kwieciem, być może w ten sposób okazywały swą radość z pierwszych słonecznych i ciepłych dni, zapowiadały obfity urodzaj. &lt;br /&gt;Próżny był jednak wysiłek przyrody, nie potrzebnie cieszyły się oczy osób podziwiających jej urodę. Ostre lemiesze spychaczy ścięły drzewka nisko przy samej ziemi, a jeśli któreś okazało się bardziej uparte i próbowało stawić opór, to zostało wydarte z gleby, razem z korzeniami. Kwiaty, pozbawione życiodajnych soków, zwiędły szybko i opadły. Potem zepchnięto wszystko na jakąś stertę, stratowano, wtłoczono w ziemię i błoto. Tamten widok kwitnących sadów został jedynie w pamięci nielicznych osób, ale dla większości wydarzenia z przed lat szybko stały się całkiem obojętne i uleciały z pamięci. Potrzeby ogółu są zawsze ważniejsze, niż sentymenty pojedynczych osób.&lt;br /&gt;Minęły kolejne miesiące i teraz dla odmiany ktoś inny zaczynał się cieszyć, bo co prawda nie odrosły wykarczowane drzewa, nie pojawiły domy wtulone w otaczające je sady, jak w jakiejś nieistniejącej bajce dla dzieci, ale w tych miejscach, gdzie jeszcze nie dawno rozpościerał się właśnie taki bajkowy krajobraz, zaczęły wyrastać z ziemi betonowe bloki. Chociaż nie były to domy, a tylko „bloki”, to mimo to niektórym osobom dawały powody do radości. Dziesiątki osób z niecierpliwością oczekiwało na chwilę, kiedy otrzyma klucze do drzwi, za którymi kryły się jakieś pokoiki i kuchnie, zapewniające miejsce nie tylko do spania.&lt;br /&gt;W końcu jeszcze raz potwierdziła się dawno znana prawda, że małe, niepozorne klucze jakże często pozostają w sferze najwyższych marzeń, być może z tego powodu, że zawarta jest w nich ogromna moc. W okresie młodości, kiedy tylko sam ten fakt powinien zapewnić najwyższy poziom radości, wiele osób usycha z tęsknoty, bo nie może znaleźć kluczyka do serca osoby ukochanej. Z każdym rokiem wzrasta ilość osób, których największym marzeniem stają się kluczyki do własnego auta. Wielu nawet nie przeczuwa, że tymi małymi kluczykami otworzy wrota „bram niebieskich” i co gorsze, czasami nie tylko sobie, ale i tym osobom, którym do życia wiecznego nie spieszyło się wcale. Kluczyki otwierają drzwi do mieszkań i uruchamiają potężne spychacze.&lt;br /&gt;Możemy cieszyć się jedynie z tego powodu, że tę ogromną moc, zawartą w tak małym narzędziu, uruchamiamy zawsze świadomie, po przemyślanej decyzji. Decyzja o uruchomieniu spychaczy i zepchnięciu tego, co istniało w tym rejonie również podjął ktoś po głębokim zastanowieniu się. W efekcie, w miejsce słabych drzewek i skromnych, jednorodzinnych domków stanęły wielkie, betonowe bunkry, dobrze że przeszklone. Może wtedy znalazł się nawet ktoś, kto sobie pomyślał nie śmiało, że takim działaniem niszczy się naturalne piękno przyrody, ale ktoś inny ucieszył się, bo otrzymał mieszkanie. &lt;br /&gt;Chyba ponownie odszedłem zbyt daleko od celu, jakim miało być pisanie własnego pamiętnika i znalazłem się w strefie rozważań całkiem innej natury. Wracam jeszcze raz do pierwszego spaceru po mieście, w którym spędziłem większą część swego życia. Postaram się, od tego momentu postępować naprawdę konsekwentnie, pisać o wszystkim bardziej chronologicznie i bez większych dygresji. &lt;br /&gt;Być może któryś czytelnik będzie próbował domyślić się, w którym kierunku skierowałem swoje pierwsze kroki, kiedy po raz pierwszy znalazłem się w Giżycku. Muszę od razu wyjaśnić, że nie w stronę Niegocina, chociaż tak bardzo lubiłem wodę ze szmerem fal. Wszystko to prawda, ale najpierw skierowałem się nie nad wodę, lecz do miasta. Cóż woda? Wszędzie taka sama, niczym się nie różni, a fale zawsze szumią podobną melodię, jeśli tylko wiatr zechce im pomóc. &lt;br /&gt;Chciałem ujrzeć miasto, które powstało jako efekt czyjejś myśli i pracy rąk ludzkich, najczęściej będąc sumą wysiłku wielu pokoleń. Jezioro natomiast było wytworem przyrody i nie było żadnej zasługi mieszkańców, że znalazło się w tym miejscu. Oglądałem na mapie wielokrotnie te obszerne, niebieskie plamy, zespołu największych jezior w Polsce i mały punkcik oznaczający miasto Giżycko. Nie jeden raz pomyślałem sobie, żeby dotrzeć tu w końcu i ujrzeć miasto usytuowane w wyjątkowym punkcie. Chciałem przekonać się, jak mieszkańcy tego zakątka Ziemi Mazurskiej potrafili wykorzystać niepowtarzalne walory przyrodnicze. W tym życzeniu nie było jednak nawet namiastki chęci zmiany miejsca zamieszkania. W dalszym ciągu uważałem, że Szczytno jest pięknym miastem, mieszkają tam mili ludzi i chociaż nie ma w pobliżu wielkiej wody, to otoczenie tajemniczych, sosnowych lasów, tworzy klimat podobny do tego, jaki istniał w pobliżu utraconego Niemna.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-7969823164039245569?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/7969823164039245569/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=7969823164039245569' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/7969823164039245569'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/7969823164039245569'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2006/12/dziewczyny-w-mini.html' title='Dziewczyny w mini'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-1462139893073575440</id><published>2006-12-14T19:00:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T19:02:08.274+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 3'/><title type='text'>Wały twierdzy</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027693317498455938"&gt;&lt;img src="http://lh6.google.com/image/zeecen/RcX0bzUZx4I/AAAAAAAAATo/4XR7PCYrSmM/s288/Gi%C5%BCycko_13.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dość szybko doszedłem do przekonania, że w przypadku Giżycka prawdziwą atrakcję stanowiło w pierwszej kolejności wszystko to, co było związane z wielką wodą. Samo miasto nie wyróżniało się niczym nadzwyczajnym, nie miało nadmiaru ciekawych obiektów do zwiedzania i oglądania. Nie było zabudowy, którą można było nazwać „Starym miastem”. Przy głównej ulicy stały już „bloki”, które niczym nie różniły się od budowanych w innych miastach, a jakieś zainteresowanie architektoniczne mogły wzbudzić tylko niektóre budynki, znajdujące się głównie przy ulicy Pionierskiej i Dąbrowskiego. &lt;br /&gt;Dzisiejszych specjalnych tabliczek, informujących o zabytku w postaci stuletniej twierdzy, wtedy jeszcze nie było. Widocznie pomysł na ich umieszczenie nikomu nie wpadł do głowy, a może nikt nie miał odwagi na podjęcie takiej decyzji. Kiedy już wiedziałem o istnieniu twierdzy i udałem się tam po raz pierwszy, to po jakimś czasie zechciałem ujrzeć to miejsce ponownie. Oglądając potężne wały i wysokie mury, próbowałem sobie uzmysłowić jak wyglądało ich tworzenie bez żadnych spychaczy i koparek, a jedynie rękoma ludzkimi, uzbrojonymi w taczki i łopaty. Wtedy ktoś miał odwagę podjąć decyzję o budowie tak wielkiego obiektu, a następnie konsekwentnie zrealizował zamiar. &lt;br /&gt;Kiedy rozejrzałem się po twierdzy, to doszedłem do smutnego wniosku, że już od wielu lat nikt nie dba o ten historyczny obiekt, nie troszczy się o jego stan techniczny. Wały i mury forteczne są zostawione własnemu losowi, a mówiąc konkretniej oddziaływaniu przyrody, która niezauważalnie, lecz konsekwentnie cały czas realizuje tylko sobie znane cele. To przecież nie człowiek, a sama natura rozsiała nasiona drzew nawet w najbardziej niedostępnych zakamarkach murów, a później za pośrednictwem rozrastających się korzeni przystąpiła do rozsadzania dzieła rąk ludzkich.&lt;br /&gt;Wygląd obiektu sugerował niedwuznacznie, że jeśli człowiek przestanie ingerować w przyrodę, to ona potrafi zlikwidować efekty jego działalności i przywróci wszystko do poprzedniego stanu. W tym przypadku, wydawało się, iż pierwszym etapem wieloletniego zadania jest zburzenie murów.&lt;br /&gt;Coś sugerowało, że potem gruzowisko będzie przykryte coraz grubszą i obfitszą warstwą najróżniejszej roślinności. Być może następnego wsparcia udzieli wiatr, dostarczając z każdym rokiem nowych warstw piasku i innych osadów, tworząc po latach warunki dla przyszłych archeologów do prowadzenia głębokich wykopów i badań. &lt;br /&gt;Widząc realne zagrożenie dla potężnego obiektu z poprzedniego wieku, mogłem domyślić się łatwo, że widocznie już nie pierwszy rok władze miejskie chcą żyć w zgodzie z naturą i mają zamiar przeszkadzać jej możliwie najmniej. Być może tu się zrodziły początki ruchów ekologicznych, a dopiero potem rozszerzyły się na cały świat, a gdyby udało się to udowodnić, to wiedza o mieście i jego sława przekroczyłaby wszelkie granice. Gdyby nic nie uległo zmianie, to być może po dziesiątkach lat, ktoś przeglądając jakieś fragmenty wyblakłych dokumentów z naszej epoki, natrafiłby na śladowe informacje o istnieniu w Giżycku obiektu, który kiedyś nazywał się Twierdzą. Taka informacja mogła spowodować napłynięcie do miasta niezliczonej rzeszy turystów. Być może nawet powstałyby „społeczne komitety kolejkowe”, zapisujące na specjalne listy wszystkich chętnych ze szpadelkami w rękach, marzących o samodzielnym odnalezieniu ponoć istniejącej kiedyś Twierdzy, czyli „Atlantydy” XX wieku usytuowanej gdzieś między wielkimi jeziorami. &lt;br /&gt;Mogłem tylko zastanawiać się, dlaczego wśród współczesnych mieszkańców miasta nie może znaleźć się osoba, która podjęłaby odpowiednią decyzję, a później konsekwentnie ją zrealizowała, ratując przed zniszczeniem obiekt, który był efektem czyjejś myśli z nie tak znowu odległej przeszłości i wynikiem ciężkiej pracy setek rąk ludzkich. Uparcie nasuwał się wniosek, że odeszło na zawsze pokolenie, które bez żadnych maszyn i skomplikowanych urządzeń potrafiło wznosić ogromne budowle, a teraz nadszedł czas na pokolenie na tyle bezradne, że nie potrafi zachować dla swoich dzieci i wnuków tego wszystkiego, co otrzymało w spadku, chociaż dysponuje potężną techniką. Może właśnie z tego powodu w tamtych latach, nie było tabliczek informujących o miejscu, gdzie znajduje się Twierdza Lötzen. W tym miejscu mogę jedynie dodać, że zaczęto wreszcie na Twierdzy prace konserwatorski i zrodziła się nadzieja, że w najbliższej przyszłości obiekt nie ulegnie zniszczeniu.&lt;br /&gt;Podczas spaceru po Giżycku w pewnym momencie ze zdziwieniem zauważyłem, że ulica, która biegła wzdłuż torów, nie nazywała się „Kolejowa”, tak jak to było przyjęto w innych miastach, lecz „Szelągowskiego”. Nazwisko nic mi nie mówiło. Po latach okazało się, że człowiek, którego imieniem nazwano ulicę nie zasługiwał na żadną pamięć. Ulicy przywrócono poprzednią nazwę. Po raz drugi w powojennej historii mieszkańcy dowiedzieli się, że nazywa się - „ul. Kolejowa”. Była to jedna z główniejszych ulic miasta i być może z tego powodu przy niej znalazł swoją siedzibę Narodowy Bank Polski, ale tuż obok Banku, jeszcze bliżej centrum powstał wielki zakład, w którym produkowano barakowozy. &lt;br /&gt;Być może ktoś z młodego pokolenia nawet nie wie, co to „barakowóz” i do czego był potrzebny, więc wyjaśniam, że są to wielkie przyczepy na kołach, w których „urzędowali” kierownicy budów. Barakowozy stanowiły powszechny symbol rozbudowy kraju. Jeśli gdzieś pojawiał się, a następnie wokół niego wyrósł wysoki płot z tartacznych obrzynków, to można było cieszyć się na zapas. W tym miejscu powstawało coś nowego. Odzywały się czasami głosy, szczególnie osób zbyt mocno tkwiących w poprzednim systemie i przeliczających wszystko z punktu widzenia zysku, że niektóre budowy nie miały sensu. Było to nie tylko błędne myślenie, ale świadczyło też o braku wiedzy na temat nowego systemu gospodarczego, w którym zysk zaczął odgrywać drugorzędną rolę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-1462139893073575440?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/1462139893073575440/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=1462139893073575440' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/1462139893073575440'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/1462139893073575440'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2006/12/way-twierdzy.html' title='Wały twierdzy'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-4742523307216461672</id><published>2006-12-14T18:58:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T19:00:29.813+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 3'/><title type='text'>Dobrobyt planowany</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027692067662972642"&gt;&lt;img src="http://lh3.google.com/image/zeecen/RcXzTDUZxuI/AAAAAAAAASY/ozvLDFykxoQ/s288/Gi%C5%BCycko_3.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie z ideałami, nowego systemu powszechnego dobrobytu, głównym celem przedsiębiorstw państwowych nie jest tworzenie zysku, lecz zaspokajanie wciąż rosnących potrzeb społecznych. Rodzaj i specyfika ich podlegała systematycznym przekształceniom i zmianom, a wszystko to odbywało się poprzez aktywne sterowanie centralnego planisty. Taka metoda zapewniała, że wszyscy mieszkańcy kraju w sposób zorganizowany i bez chaosu stawali się coraz szczęśliwsi, żyli bardziej dostatnio. Szczególnie dobrze widziały o tym przedstawicieli władzy, a im władza była wyższa, tym wiedza stawała się większa. Przecież na wyższym poziomie rozszerza się horyzont, zwiększa się pole widzenia. Władza też wiedziała najlepiej, że pośród wszystkich dóbr, jakich pragnie naród, czasami nie do końca uświadomiony i nie wszystko rozumiejący, najważniejszą pozostaje praca. Praca człowieka rozwija, uszlachetnia. Może jeszcze nie wszyscy mogli to pojąć, ale w końcu i do naszego kraju dotarł system, w którym człowiek pracy stał się najważniejszy.&lt;br /&gt;W chwili, kiedy decydowały się losy ojczyzny, zdecydowana większość społeczeństwa, w demokratycznych i wolnych, pierwszych powojennych wyborach, z entuzjazmem wypowiedziała się właśnie za takim systemem, w którym pracy nadano pierwszorzędne znaczenie. W tamtych wyborach niestety nie brałem udziału, bo miałem zaledwie sześć lat i mieszkałem poza granicami kraju, ale nie jeden raz głosowałem, kiedy stałem się dorosłym. Demokracja podczas wyborów polegała na tym, że w lokalu wyborczym zawsze było miejsce za kotarą, ale najbardziej świadomi członkowie społeczeństwa nigdy tam nie wchodzili, lecz na wezwanie swej partii głosowali bez skreśleń, czyli na kandydatów, umieszczonych na pierwszych pozycjach listy.&lt;br /&gt;Dla młodszych czytelników wyjaśniam, że wolność wyborów polegała na tym, że brało w nich udział prawie sto procent osób uprawnionych. W głosowaniu mogły nie uczestniczyć jedynie osoby o bardzo niskim poziomie uświadomienia społecznego. Nawet wśród zwykłych robotników takich osób było mało. &lt;br /&gt;Tak bardzo nieuświadomionym politycznie okazał jeden kolega – pracownik „umysłowy”. Być może do dzisiaj nie uświadomił sobie, jakie problemy z tego powodu mieli jego przełożeni, a szczególnie bezpośredni zwierzchnik. Nie ma wątpliwości, że po tamtym wydarzeniu został odpowiednio przeszkolony, ale być może nadal nie rozumie swego błędu. Powinien wiedzieć, że nie pożegnał się z pracą tylko dzięki wielkiemu zaangażowaniu zwierzchnika.&lt;br /&gt;Ten przykład pokazuje, że jeszcze nie wszyscy zdawali sobie sprawę z dobrodziejstwa nowego systemu i nie rozumieli, że powszechny udział w wyborach – głosowaniu jest dowodem poparcia, jakie udziela społeczeństwo swojej władzy. Być może były i takie osoby, które nie zdawały sobie sprawy, że władza nie szczędziła sił i czasu, nieustannie starała się, żeby kraj się rozwijał, a ludzie żyli dostatniej. W tym celu tworzono takie warunki, żeby wszystkie dorosłe osoby mieli nie tylko prawo do pracy, ale nawet taki obowiązek. Fakt całkowitego zlikwidowania bezrobocia i powszechny dostęp do pracy stał się sztandarowym hasłem nowej epoki. W tamtych czasach, mogło zabraknąć jakiegoś towaru na sklepowych półkach, a wiele osób temu nie dziwiło się wcale. Niektórym robiły się zbyt cienkie portfele, szczególnie na kilka dni przed wypłatą, ale pracy nie mogło zabraknąć nikomu. Każde ręce mogły i powinny były pomnażać wspólny dorobek, podnosić dobrobyt naszej wolnej Ojczyzny. &lt;br /&gt;Wtedy, w wiek dorosłości wchodziły roczniki pierwszego, powojennego wyżu demograficznego. Młodzi ludzie nie tylko mieli prawo do pracy, ale towarzyszył im w tym zakresie wielki entuzjazm, widzieli, że poświęcając swojej Ludowej Ojczyźnie młode siły i zapał tworzą zręby nie tylko nowoczesnego państwa, ale sami sobie wykuwają lepszą przyszłość. Z tego powodu władze Państwa Ludowego wszelkimi metodami, czasami wielkim kosztem tworzyło nowe, robocze miejsca. Już samo rozpoczęcie nowej budowy dawało zatrudnienie dziesiątkom osób. Potem otwierały się bramy nowych przedsiębiorstw. Rodziły się i były realizowane wciąż nowe pomysły. Pracy w kraju nie brakowało nikomu. Szkoda tylko, że nie zmniejszało się grono osób, o przestarzałych poglądach, którzy uparcie twierdzili, że nie każda praca przynosi korzyści.&lt;br /&gt;Pracownicy Mechanicznych Zakładów Produkcyjnych w Giżycku na pewno byli dumni nie tylko z nazwy swego Przedsiębiorstwa, ale i z tego, że stanowiło ważne ogniwo w skoordynowanej, planowej gospodarce. Tu powstawały, a następnie były rozwożone po terenie, być może całego kraju, wygodne domki na kołach, bez których trudno było w tamtych latach wyobrazić realizację jakiejkolwiek inwestycji. Widocznie dla zakładu o tak ważnym znaczeniu nie szukano miejsca bardziej oddalonego od centrum. Być może w tamtym okresie uznano, że jest to teren położony już na peryferiach miasta, bo jeszcze bliżej przy ulicy głównej, prawie w centrum miasta, znajdowały się magazyny Gminnej Spółdzielni, przed którymi, szczególnie w dnie targowe, ustawiały się szeregi chłopskich furmanek. Piękne, odkarmione konie przy długich dyszlach potwierdzały, że od zakończenia wojny minęło wiele lat i warunki życia na wsi osiągnęły poziom, który jeszcze tak niedawno był poza sferą wszelkich marzeń.&lt;br /&gt; Zdarzały się jeszcze czasami odosobnione przypadki narzekania również wśród tej grupy społeczeństwa. Ginęły one jednak w potoku powszechnie dostępnej informacji niezależnych środków masowego przekazu, które dostarczały całemu społeczeństwu prawdziwej wiedzy o rzeczywistych warunkach życia na wsi.&lt;br /&gt;Wystarczyło jedynie wziąć do serca to, co władze państwowe i partyjne wysyłały do narodu, wszelkimi dostępnymi kanałami, żeby nie mieć wątpliwości, iż polska wieś rozkwita coraz bardziej i już nie długo zacznie zbierać owoce swego rozwoju, a wszystko dzięki wydatnej pomocy całego narodu. Organa władzy państwowej zajmowały nie ostatnie miejsce w tworzeniu dobrobytu tej ważnej i licznej grupy społecznej. Natomiast, powtarzające się każdego roku narzekanie na brak sznurka do snopowiązałek władza powinna była w końcu uznać za nudne i niepotrzebnie podrywające jej autorytet, chociażby z tego powodu, że sznurek nie jest potrzebny codziennie. Podobnie nudne było narzekanie na brak papieru toaletowego, którego poprzednie pokolenia w ogóle nie znały, a mimo to jego przedstawiciele często dożywały do sędziwego wieku. &lt;br /&gt;Proszę mi wybaczyć również tę dygresję, ale mam nadzieję, że ona będzie szczególnie cenna dla osób, które nie znają tamtych czasów, bo w jaskrawy sposób pokazuje, jak niektóre nieodpowiedzialne osoby potrafiły wtedy zakłócić swoimi egoistycznymi narzekaniami harmonijny rozwój całej gospodarki narodowej. Nie potrafiły zrozumieć, że są to tylko przejściowe i przemijające kłopoty, a ich uwypuklanie służy jedynie naszym wrogom, rozszerza uczucie zagrożenia i niepewności. &lt;br /&gt;Wróćmy jednak do miasta, które w tamtych rozmiarach i wyglądzie zostało jedynie we wspomnieniach starszego pokolenia. W jego centralnej części, przy ulicy biegnącej w kierunku zachodnim od Placu Grunwaldzkiego, po lewej stronie znajdował się ogromny plac, który należało chyba zaliczyć do obszaru nie zabudowanego. Nie można przecież zakwalifikować do grupy obiektów budowlanych parterowej chatki, skleconej kiedyś na pewno nie z myślą o zakwaterowaniu ludzi. Może było to jakaś przedwojenna stajnia, albo najwyżej pomieszczenie gospodarcze. Teraz mieszkali tam ludzie. To był jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo podobało się miasto wszystkim tym osobom, które przybyły tu.&lt;br /&gt;Natomiast bezpośrednio przy ulicy stał kilkurodzinny parterowy budynek – ruina, z zakładem fotograficznym i oknem wystawowym. Zdjęcia na wystawie zmieniały się w nawiązaniu do rytmu codziennych problemów miejskich. Każdy, kto tylko tego pragnął, mógł obejrzeć w pierwszej kolejności zatroskane twarze osób, które podjęły się pełnienia odpowiedzialnych funkcji na różnych szczeblach organów władzy miejskiej, ale też zwykłych robotników i robotnice wykonujących swoje codzienne obowiązki, może czasami niezwykle proste, ale jakże niezbędne. &lt;br /&gt;Uprzedzając być może czyjeś pytanie o to, czy wśród zdjęć były i takie, które pokazywały długie kolejki przed sklepami, odpowiadam od razu, że takich nie było. Takie zdjęcia mogły rodzić i utrwalać poczucie apatii, braku wiary w lepszą przyszłość. Nie były nikomu potrzebne.&lt;br /&gt;Być może komuś mogło się wydać, że również budynek, a raczej rupieć podparty stemplami, powinien zniknąć dawno. Nie potrzebna była wiedza architekta, albo inżyniera budownictwa, żeby stwierdzić, że w takim budynku nie powinien nikt mieszkać. Trudno sobie wyobrazić, żeby władze miejskie nie widziały tego miejsca, nie zauważały rudery. Nie pasowała ona do całego otoczenia, ale w sposób realny zagrażała również życiu mieszkańców. Oczywiście, żeby przestała istnieć należało podjąć konkretną decyzję i konsekwentnie ją zrealizować. Skoro tego nie uczyniono, to widocznie nie było to takie łatwe i proste. Widocznie w mieście były inne, znacznie pilniejsze potrzeby i trudno było podołać wszystkiemu na raz. Ale chwila głębszego zastanowienia się rodziła inne, bardziej wymowne refleksje. Widać było wyraźnie, że czas nie stoi w miejscu, ale przede wszystkim właśnie tu wystąpiło jaskrawe zderzenie tego, co było charakterystyczne dla minionej epoki z tym, co przyniósł nowy system i ustrój. Nawet przeciwnicy nowych idei, widząc wrośniętą w ziemię ruderę, na tle wysokich bloków, pełnych radości i słońca, powinni byli przejrzeć na oczy.&lt;br /&gt;Dzisiaj, po dawnej ruinie nie został nawet ślad. Stare musiało odejść, ustępując miejsce współczesności. Relikt przeszłości zlikwidowano w tych latach, kiedy cały naród z największym entuzjazmem zjednoczył się wokół swoich przywódców. Może gdzieś, w czyimś prywatnym archiwum, zachowały się jeszcze nie do końca wyblakłe fotografie z tamtych lat. Mniej-więcej na tym terenie stoją obecnie piętrowe bloki Spółdzielni mieszkaniowej „Mamry” i byłego ZAOSu w Wilkasach.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-4742523307216461672?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/4742523307216461672/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=4742523307216461672' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/4742523307216461672'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/4742523307216461672'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2006/12/dobrobyt-planowany.html' title='Dobrobyt planowany'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-8314097405945658295</id><published>2006-12-14T18:57:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T18:58:24.611+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 3'/><title type='text'>Prezes jak kapitan</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027693794239825858"&gt;&lt;img src="http://lh5.google.com/image/zeecen/RcX03jUZx8I/AAAAAAAAAUI/RWxnnWWJ8Bo/s288/Gi%C5%BCycko_17.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsza Spółdzielnia mieszkaniowa powstała w Giżycku w 1959 roku i od samego początku miała w nazwie wyraz „Mamry”, z którego byli dumni chyba nie tylko członkowie Spółdzielni, ale i pozostali mieszkańcy miasta. Takiej drugiej nazwy nie mogła mieć żadna inna spółdzielnia, chociaż w tym czasie powstawały na terenie całego kraju, jedna po drugiej. Bodźce w tym kierunku stworzył nasz Rząd, pod kierownictwem Partii, która jako najmądrzejsza siła narodu uznała, że Spółdzielnie szybko i na zawsze rozwiążą problem mieszkaniowy w kraju. &lt;br /&gt;Potem ktoś dokładniej przyjrzał się powstającym spółdzielniom i chyba ze zdziwieniem zauważył, że w tym zakresie tworzy się zbyt wielki chaos. Polegał on między innymi na tym, że Zarządy w niektórych miastach zaczęły uzurpować sobie zbyt wielkie prawa i zaczęły nadawać Spółdzielniom swoje, jakieś wydumane nazwy. Nie potrafiły samodzielnie zrozumieć, że w całym kraju wszystko powinno być ujednolicone, że nie może być żadnego chaosu, a jedynym wyróżnikiem danej spółdzielni może być nazwa miasta i ulicy. Nic więcej. &lt;br /&gt;Zaledwie zauważono tę niedorzeczność, jak odpowiednio zareagowano. Wkrótce wszystkie spółdzielnie otrzymały szczegółowe zalecenia, wskazujące sposoby na likwidację anarchii. Każdy Prezes został zobowiązany do przedstawienia w trybie pilnym problemu na najbliższym walnym zgromadzeniu i do przegłosowania uchwały przywracającej stan normalny, czyli zgodny z wytycznymi władz. Władze nie poprzestały jedynie na przesłaniu zwykłych pism. Ułatwiły też zadania podległym jednostkom, przysyłając opracowane, jednolite projekty odpowiednich dokumentów. Wystarczyło jedynie starannie wypełnić właściwe rubryki, to jest wstawić w odpowiednie miejsca nazwy miasta i adres siedziby spółdzielni. W ten sposób nazewnictwo miało być ujednolicone i uporządkowane, a wszelkie zbędne wstawki typu... „Mamry” i temu podobne, usunięte na zawsze.&lt;br /&gt;O tej pierwszorzędnej sprawie dla funkcjonowania Spółdzielni dowiedzieli się członkowie osobiście od ówczesnego Prezesa, nieżyjącego już pana Henryka. Właśnie on otworzył zebranie, a potem przechodząc do meritum sprawy, powiedział, że jest „zobowiązany” i przeczytał odpowiednie pismo władz wyższych, żeby w końcu przedstawić projekt dostarczonej uchwały. Wynikało z niej, iż członkowie spółdzielni na walnym zgromadzeniu samodzielnie podejmują odpowiednią uchwałę i zmieniają nazwę Spółdzielni, wyrzucając zbędny wyraz „Mamry”.&lt;br /&gt;Widocznie pośród większości zwykłych członków spółdzielni wystąpiło pełne zrozumienie inicjatywy władz wyższych, bo w sali rozległ się głośny szum, wyrażający pełne poparcie dla odgórnych inicjatyw. Ale w tym momencie obniżyła się też ogólna czujność zgromadzenia i ten moment zręcznie wykorzystali wrogowie demokracji i postępu. Odezwało się kilka głosów wichrzycieli, z jątrzącym pytaniem: czy to ma być samodzielna uchwała, czy takie jest odgórne polecenie? &lt;br /&gt;Pan prezes zabrał głos ponownie, jeszcze raz powtórzył, że jest „zobowiązany” i jeszcze raz szczegółowo wyjaśnił, iż uchwała, którą jest „zmuszony” przedstawić będzie w pełni samodzielna, ale zgodna z wytycznymi władz wyższych. Ci sami wichrzyciele odezwali się znowu, jeszcze głośniej, twierdząc, że nic nie rozumieją, a do nich dołączyły elementy chwiejne i doszło do tego, że nawet sam Prezes z pismem w ręku nie mógł znaleźć słów na ich zdyscyplinowanie. W końcu postanowił poddać projekt pod głosowanie, bo przecież „ciążył na nim” taki „obowiązek”. W tym momencie fala głośnego sprzeciwu minęła swoje apogeum i zaczęła lekko opadać, mimo że objęła również innych członków spółdzielni, głównie mało zorientowanych i podatnych na obce wpływy. Prezes umiejętnie wykorzystał rodzącą się cisze, doszedł do głosu i oświadczył, że na zasadach demokratycznych przedstawia Uchwałę pod głosowanie.&lt;br /&gt;Wyczuwało się ogólne napięcie, ale w sali zapanowała cisza. Wzburzona fala niezadowolenia, wywołana przez kilka nieodpowiedzialnych osób, na moment przycichła, tak jak w dawnych latach na moment przycichało morze, kiedy marynarze wylewali za burtę oliwę, żeby, chociaż na krótko uspokoić spienione fale i w tym czasie dobić do brzegu. Wszyscy w napięciu słuchali jakże ważnej uchwały i bez wątpienia byli gotowi ją przegłosować zgodnie z życzeniem władz, bo przecież nie mogło być żadnej samowoli. &lt;br /&gt;Prezes upodobnił się do kapitana, który osobiści stoi za sterami i prowadzi pewnie swój żaglowiec pośród wysokich fal. Trzymając przed sobą projekt uchwały, spokojnie ją czytał, od czasu do czasu spoglądał na obecnych, ale widocznie nie spostrzegł, że wichrzyciele jedynie przyczaili się i wyczekują, by doprowadzić w odpowiednim momencie do ponownego zamieszania. Nawet nie przeczuwał, do czego są zdolni. Miał już za sobą prawie całą uchwałę, nawet w połowie przedstawił nową nazwę, bo wypowiedział słowa: „Spółdzielnia Mieszkaniowa...”, i tylko na moment zawiesił głos, gdyż potrzebował zaczerpnąć nowy haust powietrza, by wypowiedzieć ostatnią myśl. Tak samo kapitan przy brzegu, przestawał na moment obracać kołem sterowym, zbierał dodatkowe siły, a potem zgrabnym manewrem, z jednoczesnym wsparciem całej załogi przy linach, wprowadzał bezpiecznie swój okręt do cichej zatoki. &lt;br /&gt;Dotychczasowe doświadczenie wskazywało, że Prezes nie powinien mieć wątpliwości, iż uzyska poparcie wszystkich zebranych na sali. Stał pewnie za stołem prezydialnym i trzymał przed sobą uchwałę, jak ster do dalszego kierowania Spółdzielnią. Przerwa, która wynikła z konieczności, była wyjątkowo krótka, wystarczyła zaledwie na jeden głębszy oddech. Spokojny wzrok Prezesa znowu był skierowany nie na salę, lecz na ważny dokument. Zerknął na moment jeszcze raz na wypowiedziane już słowa „Spółdzielnia Mieszkaniowa...” i skoncentrował się na wyrazach „... w Giżycku”, żeby odczytać je głośno i bezbłędnie, kiedy w sali kilka nieodpowiedzialnych osób głośno krzyknęło „Mamry”. Tak nikczemnej zdrady nikt się nie spodziewał. &lt;br /&gt;Oczywiście Prezes przerwał dalsze czytanie, a potem oświadczył, że w tej sytuacji jest „zmuszony” powtórnie przeczytać ten sam fragment Uchwały, we właściwym brzmieniu. Niestety, ponownie po słowach „Spółdzielnia Mieszkaniowa...”, jeszcze więcej osób głośno krzyknęło „Mamry”. Wyglądało na to, że nie zdawali sobie sprawy z tego, co czynią i dali się wplątać w niecne rozróby małej grupki politykierów. Należy oddać sprawiedliwość Prezesowi, że dołożył wszelkich starań, żeby wprowadzić w życie polecenie władz wyższych. Nie wykazał przy tym najmniejszego zdenerwowania i spróbował po raz trzeci doprowadzić do uchwalenia właściwej uchwały. Nie zapomniał przy tym zaznaczyć, że z racji zajmowanego stanowiska jest do tego „zobowiązany”. Ale nawet ten argument nie przemówił do rozsądku nieodpowiedzialnych osób. &lt;br /&gt; Teraz, już nie pojedyncze głosy, ale prawie cała sala po słowach „Spółdzielnia Mieszkaniowa...” krzyknęła jednym tchem... „Mamry”, wyprzedzając Prezesa o krótki moment, który tym razem postanowił nie przerywać swego czytania i wypowiedział spokojnie na zakończenie ostanie wyrazy z nazwy Spółdzielni „... w Giżycku”. &lt;br /&gt;Wichrzyciele cieszyli się, twierdząc, że przegłosowali nazwę z wyrazem, którego miało nie być. Pozostali obecni byli widocznie na tyle naiwni, że nie zdawali sobie sprawy, iż idą bezkrytycznie „na sznurku”, za nieodpowiedzialnymi prowokatorami. Oceniając poziom podniecenia na sali, w terminologii marynistycznej, można było go określić jako „dziewiątą falę”, albo ten moment, kiedy rozlana oliwa przestaje działać, rozpływa się gdzieś i fale z jeszcze większą zawziętością atakują brzeg oraz statek, który szuka schronienia. Dziwniejsze jest jeszcze to, że w sali ponownie rozległ się szum, tym razem zadowolenia, który został wzmocnione głośnymi oklaskami, sprowokowanymi przez tych samych wichrzycieli. Pan Henryk nie podejmował już żadnych prób wykonania odgórnych poleceń i stwierdził głośno, że skoro taka jest wola zebranych, to wynik głosowania będzie odpowiednio zaprotokołowany, ale nie jest pewny, czy na takie rozwiązanie oczekiwały władze. &lt;br /&gt;Ten przykład pokazuje jaskrawo, że nie zakończyła się, a czasami nawet nasilała się, walka sił demokracji i postępu z czarnymi siłami anarchii i reakcji, które wciąż próbowały siać zamęt i samowolę. Wydarzenia w restauracji „Mazurska” legły ciemną plamą na dotychczasowej historii miasta. Światlejsi mieszkańcy pragnęli jak najszybciej o tym zapomnieć. Być może z ich inicjatywy, co prawda po latach, ale niewątpliwie słusznie, restaurację przerobiono na „Supermarket”, wymazując ostatecznie tamten przykry incydent z historii miasta. Jego skutki szczególnie dotkliwie odczuła sama spółdzielczość mieszkaniowa, ponieważ wkrótce kolejka osób oczekujących na upragnione mieszkanie wydłużyła się do dziesięciu lat. &lt;br /&gt;Można się domyślić, że w tamtym trudnym dla miasta okresie na wysokości zadania stanęły służby, odpowiedzialne za spokój i praworządność. Być może ich przedstawiciele uczestniczyli w tym walnym zgromadzeniu i w krótkim czasie potem zostały podjęte energiczne działania, które nie dopuściły do rozpowszechniania się anarchii na inne zakłady i jednostki. Widocznie próba siania zamętu została zdławiona w zarodku, a wszyscy zwolennicy postępowych idei jeszcze mocniej zwarli szeregi wokół swoich przywódców. Aż strach pomyśleć, do czego to mogło doprowadzić w przypadku, gdyby zlekceważono ten jakże nieodpowiedzialny wybryk. Fala anarchii mogła jak zaraza rozlać się dalej, przekroczyć granice powiatu, województwa. W najbardziej czarnym scenariuszu mogła ogarnąć cały kraj, a nawet zagrozić systemowi, który z takim trudem i poświeceniem budowały również sąsiednie kraje, ogarnięte braterską przyjaźnią. &lt;br /&gt;Nie wiem, czy sam Prezes musiał z tego powodu tłumaczyć się, ale Spółdzielnia nie musiała wymieniać pieczątek i tak zostało do dnia dzisiejszego. Wypada mieć nadzieję, że tak zostanie, bo chyba na zawsze minęły czasy podejmowania „samodzielnych” uchwał „na dole” w oparciu o treści przygotowane „na górze”.&lt;br /&gt;W wyniku powstania Spółdzielni, na terenie miasta wybudowano nowy budynek, w którym zamieszkali pierwsi członkowie. Stanął przy ulicy Kościuszki naprzeciwko szkoły nr 1, ze względu na barwę elewacji nazywanej powszechnie „Zieloną szkołą”. Wtedy funkcjonowała jednak szeroko rozpowszechniona opinia, że budownictwo spółdzielcze jest przeznaczone dla osób o wyjątkowo dobrym statusie majątkowym, albo na tyle naiwnych, że nie potrafią uzyskać mieszkania z tak zwanych zasobów komunalnych, gdzie nie obowiązywał żaden wkład finansowy własny. Nie można wykluczyć, że był to również efekt działalności wrogiej propagandy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-8314097405945658295?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/8314097405945658295/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=8314097405945658295' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/8314097405945658295'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/8314097405945658295'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2006/12/prezes-jak-kapitan.html' title='Prezes jak kapitan'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-2208691714889654732</id><published>2006-12-14T18:55:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T18:56:43.806+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 3'/><title type='text'>Wykuwanie szczęśliwej przyszłości</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027692656073492274"&gt;&lt;img src="http://lh4.google.com/image/zeecen/RcXz1TUZxzI/AAAAAAAAATA/DktUXS6t8Ds/s288/Gi%C5%BCycko_8.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; W momencie, kiedy znalazłem się w Giżycku przed szkołą znajdował się ładny plac, o nawierzchni utwardzonej dużymi ciężkimi płytami. Po latach okazało się, że zarówno płyty, jak i sposób urządzenia tego fragmentu miasta są na tyle trwałe, że nie uległy żadnym zmianom. Ale już wtedy można było wyciągnąć wniosek, że nie tylko nowa ideologia, lecz wszystko to, co pod jej sztandarami powstaje jest trwałe, niewzruszone i będzie służyć nie jednemu pokoleniu. &lt;br /&gt;Sztandarami ten plac też się wypełniał. Był jednak taki okres, kiedy przed szkołą zamiast betonowych płyt była oaza zieleni ze stawem napełnionym wodą. Taki sposób zagospodarowania nie odpowiadał nowym potrzebom mieszkańców miasta. Wyrazicielem ich woli był ówczesny Przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej i to z jego inicjatywy została podjęta decyzja o likwidacji stawu, a stworzenie w jego miejsce Placu Wiecowego. Był to wyjątkowo szlachetny pomysł, ponieważ uwzględniał potrzeby mieszkańców w warunkach nowego ustroju powszechnego dobrobytu.&lt;br /&gt;Przecież już od zakończenia wojny pracujący lud miasta i wsi pragnął manifestować spontanicznie przynajmniej raz w roku swoje oddanie Partii i Rządowi, które w ścisłej współpracy, tworzyli warunki, żeby zwykli robotnicy mogli własnymi rękoma wykuwać sobie coraz szczęśliwszą przyszłość, w codziennym trudzie i znoju. Był to najlepszy czas ku temu, żeby władza wywodząca się bezpośrednio z ludu, mogła przypomnieć temu ludowi, iż praca jest najwyższym dobrem, bo rozwija i uszlachetnia człowieka, a im bardziej jest ciężka, tym cieszy się większym szacunkiem i stanowi poważny powód do dumy oraz radości osób, które ją wykonują. &lt;br /&gt;Właśnie w celu wykazania swej radości i gotowości do dalszych poświęceń, na wezwanie powszechnie uwielbianych władz, plac ten w dniu pierwszego maja szczelnie zapełniali rozradowani mieszkańcy, ustawieni równymi czwórkami jako członkowie załóg swoich zakładów pracy. Razem z dorosłymi stawała duma rodziców – młodzież, uśmiechnięta i kolorowo ubrana. Ona też spontanicznie przybywała w to miejsce, żeby jeszcze raz dowiedzieć się, że żyje w szczęśliwym kraju, a szczęście staje się większe, z roku na rok. Nie ma wątpliwości, że w tamtych latach miejsce to nie mogło nazywać się inaczej niż „Plac Wiecowy”. Niektórzy, bliżej zapoznani z warunkami, w jakich dokonała się zmiany zagospodarowania, nazywali go „Aleksanderplac”. &lt;br /&gt;Ta druga nazwa chyba jednak nie była szerzej znana, bo już minął ten czas, kiedy nadużywając ideałów nowego systemu, niektórzy zaczynali tworzyć kult jednostki. Pomimo, że na spontaniczną manifestację plac był wykorzystywany jedynie raz w roku, to w pozostałym okresie nie wypadało na nim nawet parkować samochody. Rozumieli to doskonale zwykli posiadacze „czterech kółek”, a ilość ich rosła z roku na rok. Kiedy kraj nasz wyszedł z najtrudniejszego okresu odbudowy zniszczeń wojennych, najwyższa władza uznała, że nadszedł kolejny etap podnoszenia powszechnego dobrobytu i ku zaskoczeniu wszystkich, podjęła decyzję o rozwoju rodzimego przemysłu motoryzacyjnego. Zgodnie z powyższą decyzją, małe i zgrabne autko, ale przede wszystkim nowoczesne i ekonomiczne, miało trafić do każdej polskiej rodziny. Ta inicjatywa władz, tak jak i każda inna, spotkała się znowu z powszechnym zrozumieniem i poparciem. Niektórzy zaczęli wpłacać pieniądze na specjalne konto. Wiedzieli doskonale, że upragnione auto otrzymają dopiero za kilka lat, ale już mogli być dumni ze wzrastającego stanu własnych oszczędności. &lt;br /&gt;Wkrótce pierwsze „Maluchy” pojawiły się na ulicach miasta, potwierdzając jeszcze raz, że polski przemysł stoi na wysokim poziomie, a nasi inżynierowie i robotnicy, pod kierownictwem swojej Partii, potrafią sprostać najwyższym zadaniom. Był to jeszcze jeden dowód na to, jak aktualne jest hasło, że zawsze „naród jest z Partią, a Partia z narodem”. W celu przyśpieszenia procesu powszechnej motoryzacji wprowadzono nawet zasadę przydzielania specjalnych talonów dla najbardziej zasłużonych dyrektorów i naczelników, ale być może gdzieś i dla zwykłych robotników. Ważne było i to, że auta dla osób, które w specjalny sposób przyczyniały się do podnoszenia poziomu życia całego narodu, sprzedawano po cenach stałych, nie zważając na zwyżkowe tendencje na tak zwanych giełdach. Mamy tu kolejny dowód jak wyjątkową troską otaczało Państwo oddanych sobie ludzi i o ile wyższa jest planowa gospodarka, zarządzana centralnie, w porównaniu do pełnej chaosu gospodarki wolnorynkowej.&lt;br /&gt;Te wydarzenia miały miejsce kilka lat później, ale nie sposób było nie wspomnieć o nich już teraz. Wracam jednak ponownie na Plac Grunwaldzki i jednego ze swoich pierwszych spacerów po mieście. Tu, w centrum, w tamtych latach stał budynek, podparty stemplami. Do ściany budynku były „przyklejone” na zewnątrz długie schody, które prowadziły na wyższe piętro. Ponadto były tam jakieś wąskie zakamarki, między którymi wisiały sznury z suszącą się bielizną. Wszystko idealnie pasowało do nakręcenia jakiegoś filmu z południowych krańców, jednego z europejskich państw. Odnosiłem wrażenie, że gdyby nie te sznury i jakieś stemple, to wszystko w każdej chwili mogłoby runąć. Na Placu Grunwaldzkim jednak tamten budynek został rozebrany zgodnie z planem i nikomu nic się nie stało. Nikt też nie ucierpiał w pobliżu, na ulicy Warszawskiej, chociaż tam od innego budynku odpadła cała ściana szczytowa, a jakaś kobieta „wyjechała” na zewnątrz, razem z łóżkiem. &lt;br /&gt;Nasi wrogowie nie mieli jednak wielkich powodów do radości. Kobieta nawet nie trafiła do szpitala i chyba popełniam błąd wspominając tamten drobny incydent po tylu latach, tym bardziej, że budynek był wybudowany jeszcze przed wojną. Ponadto, był to jedyny przypadek w całej powojennej historii miasta i żadna inna ściana już nie runęła. Wypada jednak przypomnieć, że na gruzach rozebranego budynku przy Placu Grunwaldzkim byli aktorzy i nakręcono tam najistotniejsze momenty polskiego filmu pt. „Złoto”. Zgodnie z jego fabułą, pod gruzami miało być schowane złoto. Nie wiem, czy złoto wtedy znaleziono i nie wiem z jakiego powodu właśnie to miejsce wybrał na swoją siedzibę... Bank BGŻ.&lt;br /&gt;Nowocześnie, a więc jednolicie i bez żadnych specjalnych akcentów, prezentował się już wtedy odcinek ulicy Warszawskiej, położony najbliżej Placu Grunwaldzkiego. Właśnie tu, po zburzonych, przedwojennych kamienicach, stanęły kilkupiętrowe budynki komunalne. Ale jeszcze bardziej atrakcyjnie wyglądała północna strona ulicy biegnącej od Placu w kierunku zachodnim. Stały przy niej tabliczki informujące, że jest to ulica Obrońców Stalingradu, ale mieszkańcy widocznie nie zauważali tych napisów, bo ulice nazywali - Olsztyńską. Tutaj też stały kilkupiętrowe i długie, a więc tak samo nowoczesne bloki. Były jednak jakieś inne, bardziej słoneczne i cieszące oczy, chyba nie dla tego, że należały do Spółdzielni Mieszkaniowej „Mamry”, ale może z tego powody, że było tu znacznie więcej kwiatów i to nie tylko na balkonach. Widocznie to miejsce stało się jednym z symboli piękna miasta, bo zostało utrwalone na pocztówkach. Tak samo ładnie był ukwiecony dość szeroki pas terenu między chodnikiem przy blokach, a jezdnią. Giżycko miało czym się pochwalić. &lt;br /&gt;Może wreszcie wypada się przyznać, że już podczas pierwszego spaceru po mieście nie musiałem w ogóle rozglądać się, żeby zauważyć, iż cały niezabudowany teren obok Placu Grunwaldzkiego jest wypełniony niezliczoną ilością wielobarwnych kwietników, które tworzą malownicze kobierce najróżniejszych kształtów. Nie podejmuję się wyjaśniać, dlaczego miejsce to zostało nazywano „Placem Żwirowym”. Jeśli dobrze pamiętam, to drobny żwirek był jedynie na alejkach, po których opalone dziewczyny spacerowały jak perły, urodą swą konkurując z kwiatami. &lt;br /&gt;Wybudowany hotel i asfaltowe parkingi wydatnie zmniejszyły powierzchnię, którą mogą zajmować kwietniki obecnie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-2208691714889654732?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/2208691714889654732/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=2208691714889654732' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/2208691714889654732'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/2208691714889654732'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2006/12/wykuwanie-szczliwej-przyszoci.html' title='Wykuwanie szczęśliwej przyszłości'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4795079442707247079.post-3684904975108299366</id><published>2006-12-14T18:52:00.000+01:00</published><updated>2007-02-14T18:54:58.673+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rozdział 3'/><title type='text'>Zniewalające wody</title><content type='html'>&lt;table style="width:auto;"&gt;&lt;tr&gt;&lt;td&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko/photo#5027691938813953746"&gt;&lt;img src="http://lh5.google.com/image/zeecen/RcXzLjUZxtI/AAAAAAAAASQ/QidZQzZJvNw/s288/Gi%C5%BCycko_2.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;tr&gt;&lt;td style="font-family:arial,sans-serif; font-size:66%; text-align:right"&gt;From &lt;a href="http://picasaweb.google.com/zeecen/GiYcko"&gt;Giżycko&lt;/a&gt;&lt;/td&gt;&lt;/tr&gt;&lt;/table&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może nie kontrastową, ale odrobinę inną scenerię tworzył skwerek, będący właściwym „Placem Grunwaldzkim”. Była to zacieniona oaza zieleni między sąsiednimi ulicami i choć na ulicach znajdowało się bez porównania mniej samochodów, niż jest ich obecnie, to alejki wypełniały niezliczone grupki spacerowiczów, być może w poszukiwaniu wolnych miejsc na dość gęsto ustawionych ławeczkach. Nie wiedziałem, w jaki sposób odróżnić mieszkańców miasta, od tych, którzy przyjechali na kilka dni, albo parę tygodni. Wszyscy wyglądali na tak samo szczęśliwych i wydawało się, iż pragną pozostać w tym miejscu możliwie najdłużej, w atmosferze beztroskich letnich dni, pod błękitnym niebem, w promieniach gorącego słońca. &lt;br /&gt;Chyba ten nastrój udzielił się również i mnie, ale tylko na chwilę zastanowiłem się nad tym, kto przyczynił się najbardziej do stworzenia tak miłego miejsca wypoczynku w samym centrum miasta. Bardziej utkwiła w umyśle myśl, że jeszcze piękniej będzie bezpośrednio nad jeziorem Niegocin i kanałem Łuczańskim.&lt;br /&gt;Ze stanowczym postanowieniem ujrzenia tych niepowtarzalnych miejsc, skierowałem się w stronę kanału. Z mapy wiedziałem, że przyroda utworzyła niezwykle zajmującą turystyczną trasę dla miłośników wodnych wojaży, poczynając od Rucianego, położonego na południowych obrzeżach całego ciągu większych i mniejszych jezior, aż do Węgorzewa – znajdującego się na północnych krańcach wyjątkowo długiego szlaku wodnego. Jeśli przestrzenie wodne potrafią zniewolić niektóre osoby, a zielone lasy oczarować innych swą tajemniczością, to połączenie tych dwóch żywiołów być może ujawnia się zwielokrotnioną mocą. Jedynie w ten sposób potrafię wytłumaczyć tę niecodzienną panoramę letnią, kiedy niezliczone żaglówki suną bezgłośnie we wszystkich kierunkach, po lekko zburzonych wodach. &lt;br /&gt;Kanał nazywał się „Łuczański”, dla upamiętnienia pierwszej nazwy miasta, obowiązującej po wojnie. Widocznie wyraz „Łuczany” nie spodobał się komuś wysoko postawionemu w Warszawie, bo nakazał zmienić nazwę miasta na - Giżycko. Może nowa nazwa była ładniejsza, może nawet miała uzasadnienie naukowe, ale została nadana z pogwałceniem woli mieszkańców. Tak się bynajmniej niektórym wydawało. Stało się to w tych czasach, kiedy właśnie od władz wyższych słyszeli wszyscy bez przerwy, że do kraju zawitał ustrój, w oparciu o który gospodarzami miast i wsi stali się zwykli mieszkańcy. Być może nie zdawali sobie jeszcze sprawy, że władza również i w tym przypadku, czyli jak zawsze, miała rację. Przecież nikt inny, tylko ona wyznaczała granice samodzielności, bo zawsze wiedziała o wszystkim lepiej, niż prości ludzie. W przeciwnym wypadku w kraju mogła zapanować anarchia. Dość głośne protesty mieszkańców nie miały więc żadnego uzasadnienia i znaczenia, a mały punkt na mapach między wielkimi jeziorami oznaczono tak, jak zdecydowano w Warszawie.&lt;br /&gt; Władza centralna była jednak na tyle wielkoduszna, szczególnie w stosunku do ludności, która przybyła do miasta w tych dniach, kiedy po zagruzowanych ulicach ciężko było poruszać się, a z niektórych wypalonych okien wydostawał się dym gryzący w oczy, że zezwoliła na nadanie całkiem samodzielnej nazwy dla kanału, który przebiegał przez miasto z północy na południe. Mieszkańcy byli znowu szczęśliwi i entuzjastycznie stwierdzili, że ta droga wodna będzie się nazywać „Kanał Łuczański”. Nazwa przetrwała nie jednego przewodniczącego, sekretarza, naczelnika, a nawet burmistrza i wielkie zmiany na górze. Ale wszystko do czasu. Kiedy pokolenie pamiętające historię uległo przerzedzeniu i stało się mniej aktywne, a może świadomie ustąpiło miejsce młodszym i bardziej energicznym, to znalazł się ktoś, kto wykazał się wyjątkowym wigorem. Szkoda jednak, że nie skierował go na budowę czegoś nowego, a tylko na poprawianie historii, której nie zdołał jeszcze nauczyć się porządnie. &lt;br /&gt;Z ogromnym zdziwieniem, ale i z poczuciem bezsilnego gniewu, którego w tej chwili nawet nie próbuję ukryć, pewnego dnia zobaczyłem przy kanale tabliczki z napisem „Kanał Giżycki”. Może mój gniew wynika z braku wiedzy o dalszych planach osoby, która podjęła się poprawiać historię miasta. Może w drugim etapie będzie miała miejsce kolejna zmiana i ponownie, tak jak w pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny, będziemy mieszkać w Łuczanach. Wątpię, czy to wywoła powszechną radość.&lt;br /&gt;Mimo zdenerwowania, wracam do dalszych wspomnień i do kanału Łuczańskiego. Piękna nazwa. Piękny kanał usytuowany tuż obok centrum miasta. Nie wiem, jak wiele jest takich miast, w których główna ulica krzyżuje się bezpośrednio z drogą wodną, a samochody i piesi są zmuszeni zatrzymać się i zaczekać aż przepłynie statek. Obracający się most też nie stoi na każdej drodze. Oglądając to wszystko po raz pierwszy, pomyślałem sobie, że w Giżycku są atrakcje, których nie da się ujrzeć gdzie indziej. &lt;br /&gt;Taką atrakcją był bez wątpienie kanał z głęboką wodę, w której nie było widać dna, ale zdarzały się takie momenty, kiedy słońce odbijało się w wodzie prawie podobnym blaskiem, potęgując wrażenie letniego upału. Tylko lekki powiew bryzy od strony jeziora przynosił oczekiwaną ochłodę, tak samo jak cień przyulicznych drzew, posadzonych nie tak dawno obok alejki z licznie ustawionymi ławkami. Wszystko zapraszało, by zatrzymać się, pozostać tu dłużej i rozkoszować się beztroską letniego dnia. Całość promieniowała jakimś odprężającym spokojem i chyba z tego powodu nikt się nie spieszył, poddając się bez reszty rozleniwiającemu oddziaływaniu pory roku i otoczenia. Widocznie większość pragnęła, aby stan taki trwał dłużej, a jeśli ze względu na obowiązek pracy i stałego miejsca zamieszkania musiał opuścić to miejsce i miasto, to zapewne planował wrócić tu ponownie za rok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później dowiedziałem się, że autorem ładnego zagospodarowania i ukwiecenia najbardziej reprezentacyjnych fragmentów miasta była pani Barbara T., zatrudniona na stanowisku inżyniera do spraw zieleni w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej i to dzięki realizacji jej pomysłów miasto w tych najbardziej uczęszczanych miejscach wyglądało jak kolorowa perełka.&lt;br /&gt;Wypada w końcu opowiedzieć, jakie wrażenie odniosłem, kiedy znalazłem się po raz pierwszy bezpośrednio nad Niegocinem. Ogromne jezioro budziło największe zainteresowanie już na etapie oglądania mapy, jeszcze przed wyjazdem do Polski. Emocje wzrosły niewspółmiernie, gdy stałem przy otwartym oknie wolno toczącego się pociągu, który wiózł mnie do nieznanego miasta na polecenie zwierzchników. Nadszedł w końcu moment, kiedy mogłem stanąć bezpośrednio na brzegu jeziora. Z wielkim podnieceniem skierowałem się do tego wielkiego akwenu i ujrzałem, a raczej stwierdziłem, że zamiast drugiego brzegu, majaczy gdzieś w oddali, między wodą i niebem, zielony pasek lasu. Linii brzegowej, po drugiej stronie jeziora, nie dało się ujrzeć. Była zbyt daleko. Całą przestrzeń zajmowała woda o lekko zmarszczonej powierzchni, po której sunęły bezgłośnie białe żagle, wypełnione i pędzone lekkim wiatrem. &lt;br /&gt;Jakże mogłem nie poczuć zazdrości w stosunku do załóg, które znajdowali się tam, daleko od brzegu, a tak blisko do wody, wiatru i nieba. Ciągle odkładałem ten moment, kiedy zacznę przedstawiać uczucia, jakie zrodziły się w moim umyśle w momencie, kiedy ujrzałem jedno z największych jezior w Polsce. Sądziłem, że odkładanie pomoże skoncentrować myśli i dobrać zestaw słów pozwalających na przedstawienie uczuć osoby, która z tak wielką powierzchnią wodną zetknęła się po raz pierwszy. Doszedłem jednak w końcu do przekonania, że w tym kierunku nie powinienem czynić żadnego wysiłku, bo ci, co oglądali tę rozległą wodę, dawno ocenili jej piękno, a ci, którzy nie uczynili tego jeszcze, być może naprawią wkrótce swój błąd. &lt;br /&gt;Ten unikalny twór przyrody potrafili docenić nie tylko turyści i zwykli mieszkańcy. Wyjątkowość jeziora i miasta usytuowanego nad nim zauważyli przede wszystkim najwyższe władze miejskie. Ciągle pamiętamy, że im wyższe stanowisko, tym szersze horyzonty. Ktoś spośród władz musiał zauważyć, że jeziora już poprawić się nie da, lecz bezpośrednio w mieście jest jeszcze wiele do zrobienia. Jak na razie, zadbane były jedynie niektóre, wybrane rejony, a przecież turystów byłoby jeszcze więcej, gdyby mogli podziwiać całe miasto w kwiatach. Argument kosztów, w warunkach nowego systemu, nie miał rzecz jasna większego znaczenia. Oczywisty cel – jeszcze bardziej upiększyć miasto, przyciągnąć jeszcze więcej turystów, można było realizować różnymi metodami, ale jedyną słuszną drogę i najlepszą taktykę, znały tylko osoby zajmujące najwyższe stanowiska we władzach miejskich.&lt;br /&gt;Uznano więc, że w pierwszej kolejności należy zmienić stan zagospodarowania ulicy Kościuszki. Co prawda wzdłuż ulicy, między chodnikiem, a domami od najwcześniejszej wiosny, do późnej jesieni rozkwitały kolorowe rabatki, być może w cichej konkurencji do centrum miasta, ale rosnące tam kwiaty nie były dobre, bo upiększały prywatne ogródki. Sama myśl, że stanowią konkurencję w stosunku do tak zwanych terenów ogólnomiejskich, była nie do zaakceptowania. Prócz tego można było zauważyć, że występowało tam jeszcze coś w rodzaju współzawodnictwa miedzy właścicielami poszczególnych ogródków. Dawało to zły przykład młodzieży, a przecież po drugiej stronie ulicy znajdowała się szkoła. Jak można było dotrzeć do młodzieży z zasadami nowego ustroju, jeśli widziała tuż obok pozostałości starego, prywatę. Dopełnieniem złego było jeszcze to, że wokół ogródków istniało trwałe ogrodzenie z kutego żelaza. Był to jeden z ostatnich symboli minionej epoki, w której każdy mieszkaniec odgradzał się egoistycznie od ogółu społeczeństwa. Tylko złośliwiec mógł twierdzić, że elementy ktoś wypatrzył na ogrodzenie działki z własnym domem. &lt;br /&gt;Rzecz jasna była to tylko plotka. Nie ma natomiast najmniejszej wątpliwości, że tego rodzaju ogrodzenie, w tak wyeksponowanym miejscu, nie mogło istnieć dłużej. Były to budynki komunalne, a nie prywatne. Ponadto, po drugiej stronie ulicy, prócz szkoły znajdował się wspomniany wcześniej Plac Wiecowy. Prywatne ogródki usytuowane w tak niebezpiecznie bliskiej odległości od miejsca, gdzie odbywały się spontaniczne manifestacje ludności, mogły przynieść trudne do przewidzenia następstwa. Przecież istniało zagrożenie, że w tym momencie, kiedy do zgromadzonych osób przemawia z trybuny ważny przedstawiciel w hierarchii władz miejskich, ktoś nieodpowiedzialny nie tylko nie bierze udziału w manifestacji, ale rozpoczyna jakieś prace na rabatach, ze szpadlem w ręku, rozpraszając tym samym uwagę osób znajdujących się na placu. Nie będę mnożył dalszych argumentów, bo i tych jest wystarczająco dużo, aby decyzja władz została zrealizowana.&lt;br /&gt;Co prawda cel nie został osiągnięty do końca, bo ładniej przed wspomnianymi budynkami nie było już nigdy, ale najważniejsze jest to, że jeszcze kilka osób przekonano do idei, iż lepsze jest byle jakie wspólne, niż wspaniałe własne. Nie wiem do dzisiaj, z jakiego powodu zmieniono w ten sposób jedynie otoczenie ulicy Kościuszki, a odstąpiono od podobnych zmian na ulicy Pionierskiej, chociaż takie zamiary powstały jednocześnie. Może były jakieś przeszkody, których nie dało się pokonać, o których nic nie słyszałem. Jaka była faktyczna przyczyna, chyba nie dowiemy się już nigdy, ale stare ogrodzenie przy tej ulicy Pionierskiej stoi nadal, za nim nadal rosną prywatne kwiatki. Są nawet ładne... Widocznie nie przeszkadzają nikomu...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4795079442707247079-3684904975108299366?l=gizycko.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://gizycko.blogspot.com/feeds/3684904975108299366/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=4795079442707247079&amp;postID=3684904975108299366' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/3684904975108299366'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4795079442707247079/posts/default/3684904975108299366'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://gizycko.blogspot.com/2006/12/zniewalajce-wody.html' title='Zniewalające wody'/><author><name>Zenon Ciechanowicz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04325232524849069413</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://lh5.google.co.uk/image/zeecen/Rbzf1ktCm5I/AAAAAAAAAO4/CJ-hn9M51dY/s288/Zenon%20Ciechanowicz.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
